Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój Księgarnia Sklep Cyfrowy

Starecka po drugiej stronie rzeki


20 grudnia 2011 Nakarmiona Starecka
Marcin Wojtczak, szef kuchni Porto Praga foto: Błażej Sendzielski
Czy Praga ma kulinarnie coś ciekawego do zaoferowania?

PRL-owscy inżynierowie skutecznie odcięli nas od Wisły, o drugim brzegu nie wspominając. Aby korzystać z dobrodziejstw pięknego położenia miasta nad rzeką, jak robi to Rzym, Londyn czy Paryż, trzeba by pobudować mosty, promenady wzdłuż brzegów, wreszcie zrobić przejścia przez Wisłostradę. A tak, o ile prawobrzeżni wpadają do lewobrzeżnej Warszawy, bo muszą (iść do pracy, pozałatwiać sprawy, obejrzeć film w kinie), o tyle lewobrzeżni ze strachem patrzą na drugą, dziką stronę rzeki. Nie jestem więc jedyna, która Pragę zna głównie z filmu „Rezerwat”, wypadów na imprezy w klubach na 11 Listopada czy z mniej lub bardziej udanych pokazów mody w Soho Factory. Postanawiam to zmienić i zwiedzić Pragę… kulinarną. Szykuję się tak, jakbym zamierzała co najmniej przekroczyć Styks – w torebce mam zapas leków na przeróżne dolegliwości żołądkowe, a obok Kasię, połowę duetu Poppy, dziewczę zakochane w Pradze. Wysiadamy z tramwaju na ulicy Stalowej. Nim zdążymy odezwać się do siebie, otula nas słodki zapach świeżo wypieczonych drożdżówek albo chałek z kruszonką. Stajemy jak wryte, wciągając woń jak z bajki, a brzuchy zaczynają wyć, dopominając się śniadania. Na szczęście przed nami wyrasta barek. Bistro Stalowa 1 Małą przestrzeń zdominował ustawiony pośrodku duży wspólny stół przykryty ceratą w biało-czarną kratę. Bije na głowę swojego krewnego z Charlotte, chociaż bardzo ważne osoby z placu Zbawiciela pewnie by go nie doceniły. Na środku stoją kubeczki z różnej parafii wypełnione sztućcami, a zza barku dziewczyna zerka wesoło, mieszając w garnku z zupą fasolową. Ja mam delikatny żołądek, więc nie ryzykuję i wybieram ciasto gruszkowe posypane czekoladą (5 zł), ale pan, który siedzi obok nas, wcina zupę ze smakiem. Kuchni nie ma, domowe dania są przywożone – codziennie inne – i odgrzewane na małej przenośnej kuchence na barze. Swojsko tu i bardzo prasko, ale zapaszek stęchlizny z przeuroczych skądinąd starych kredensów nie zachęca do konsumpcji. Szybko oddalamy się z lokalu. Bar Ząbkowski (ul. Ząbkowska 2) W progu uderza nas fala smrodu ni to kapuchy, ni to spalenizny. Ale jesteśmy bardzo zdeterminowane, dlatego zasłaniając nosy szalikiem, ustawiamy się w tłumie czytających karteczkę z dzisiejszym menu. Biorę leniwe z cukrem (4,90 zł), Kaśka zamawia ruskie (5,80 zł). Moje danie to klasyka gatunku, nie kręcę nosem, zdejmuję tylko kawał zimnego wyrobu masłopodobnego, który nawet nie chce się rozpuścić, i zjadam. Pierogi Kaśki budzą grozę, bo farsz to głównie cebula. Wychodzimy szybko i krążymy jeszcze po pobliskim Różycu w poszukiwaniu pożywienia. Baby z pyzami ze słoika nie ma, jak tłumaczą sprzedawcy sukien ślubnych (90 proc. bazarowego asortymentu), można je dostać w tygodniu, ale rzadko, częściej są flaki. Widzę niezły błyszczący cekinami sweter pikowany poduchami, ale Kaśka ciągnie mnie dalej. Wciąż jesteśmy głodne i nienakarmione. Himalaya Momo (ul. Ząbkowska 36) Idziemy dalej ulicą Ząbkowską i mijamy Czarnego Motyla (śmierdzi stęchlizną), W Oparach Absurdu (wrócimy tu kiedyś na drinka), Łysego Pingwina (zamknięty), wreszcie mniej więcej na wysokości Fabryki Wódek Koneser widzimy światło w tunelu – fioletowy neon z Buddą i to obiecującym pierożki prosto z Nepalu. Zamawiamy je w dwóch wersjach – z kurczakiem (16 zł) i wege (14 zł). Farsz ma mocny charakter, czuć w nim przyprawy i pochodzenie kucharza, którego jeszcze nie ujarzmił rynek i dyktatura polskiego podniebienia. Ciasto pierożków niestety jest zbyt grube, twarde i gumowate, popijam je herbatą masala (5 zł) podawaną z mlekiem, kardamonem i imbirem. Wspaniale rozgrzewa i smakuje, jesteśmy gotowe, by ruszyć dalej. Wrócę tu kiedyś spróbować reszty nepalskich, tybetańskich, indyjskich dań, na które zaprasza pani Aneta z uśmiechniętym mężem z Bhutanu. Skamiejka (ul. Ząbkowska 37/39) Moja wschodnia dusza, na którą pracowały pokolenia lwowiaków (po mieczu) i mohylewiaków (po kądzieli), taki poziom melancholii pomieszanej ze szczęściem ostatnio odczuwała podczas pobytu w Odessie w 2007 r., kiedy Żenia polewał koniak Czajka, a w drugim pokoju grali muzykanci. Wystarczyło jedno spojrzenie w oczy pani Tamary, jeden łyk zupy solianki, by wiedzieć, że dusza moja będzie tęsknić za Skamiejką jak w sentymentalnych rosyjskich romansach. Na stołach serwety, na talerzach śledzik pod szubką, pielmieni, a w grudniu i ucha – rosyjska zupa rybna. Przy trzech stolikach składających się na wyposażenie tego lokalu goście, których panie prowadzące z wielkim sercem ten biznes, Tamara i Edyta, podejmują jak najlepszych przyjaciół. W pierwszą niedzielę miesiąca odbywają się tu koncerty. Pani Tamara szuka właśnie kogoś do grania na bałałajce – piękny sprzęt kurzy się na ścianie. Jest i patefon, a obok niego duża kolekcja płyt – od Mireille Mathieu po Włodzimierza Wysockiego. Wszystkich świątecznych dezerterów Skamiejka zaprasza na Wigilię, wystarczy przynieść ze sobą coś do jedzenia i zapomnieć o czasie. Bo tu nie ma on zupełnie znaczenia. Porto Praga (ul. Okrzei 23) Na koniec odrobina luksusu. Art deco i namiętna czerwień na ścianach, czyli Porto Praga – idealne miejsce na wyjątkowe okazje. Drogie panie, radzę znaleźć jakiś pretekst, by kelner poprosił szefa kuchni do waszego stołu. Marcin Wojtczak nie dość, że wyśmienicie gotuje, to jeszcze świetnie wygląda, a jego głos zbije z nóg co wrażliwsze damy. Na talerzach można czytać historie jego licznych podróży oraz zauważyć niezwykłą dbałość o składniki. Warto wpadać tu w czwartki i piątki, by złowić którąś ze świeżych rybek wystawionych w fish markecie: lucjana, diabła morskiego, piotrosza, dorsza, halibuta, barwenę, okonia morskiego i wiele innych aktualnie dostępnych. Polecam zupę Bouilbasse, gęstą od ryb i owoców morza (35 zł), i sea bassa w całości pieczonego w soli (100 g – około 18 zł). Rybka lubi pływać, dlatego koniecznie zamówcie degustację win u Matiasa – sommeliera z Argentyny, który w czarujący sposób łamie polszczyznę, mówiąc „riba” (prywatna degustacja kosztuje od 120 do 200 zł od osoby – w zależności od win).


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI