Berlinale 2013: Kino na talerzu

Świat przyspiesza, dlatego warto zwolnić, zwłaszcza w kuchni. Wolniej jest smaczniej. To myśl przewodnia tegorocznej sekcji Kina Kulinarnego na Festiwalu Filmowym w Berlinie. Jego renomę po raz kolejny potwierdził ciekawy, choć nie zawsze oczywisty, wybór tytułów, a także wybitni szefowie kuchni, którzy przygotowali kolacje inspirowane tematem filmów – pisze z Berlina Łukasz Knap.|Świat przyspiesza, dlatego warto zwolnić, zwłaszcza w kuchni. Wolniej jest smaczniej. To myśl przewodnia tegorocznej sekcji Kina Kulinarnego na Festiwalu Filmowym w Berlinie. Jego renomę po raz kolejny potwierdził ciekawy, choć nie zawsze oczywisty, wybór tytułów, a także wybitni szefowie kuchni, którzy przygotowali kolacje inspirowane tematem filmów – pisze z Berlina Łukasz Knap.|Świat przyspiesza, dlatego warto zwolnić, zwłaszcza w kuchni. Wolniej jest smaczniej. To myśl przewodnia tegorocznej sekcji Kina Kulinarnego na Festiwalu Filmowym w Berlinie. Jego renomę po raz kolejny potwierdził ciekawy, choć nie zawsze oczywisty, wybór tytułów, a także wybitni szefowie kuchni, którzy przygotowali kolacje inspirowane tematem filmów – pisze z Berlina Łukasz Knap.
Berliński przegląd kulinarny otworzył „Mussels in Love”, apetyczny dokument Willemiek Kluijfhout o małżach. Holenderska reżyserka wychowała się w regionie słynącym z najbardziej dorodnych okazów muszli. – Dla mnie małże to nie tylko jedzenie, to metafora życia zamkniętego w skorupce – powiedziała mi później Willemiek Kluijfhou. I rzeczywiście, jej podejście widać w filmie, gdyż porusza wszystkie tematy – od życia seksualnego małży po moment, w którym trafiają na talerze. Bohaterami opowieści są pasjonaci, dla których małże to długa tradycja, przekazywana z pokolenia na pokolenie. Pewną wadą dokumentu jest nadmiar informacji, ale „Mussels in Love” warto zobaczyć, ponieważ pokazuje świat, o którym nie śniło się rodzimym wyjadaczom muli. Jest przy tym bardzo zmysłowo nakręcony. „Mussels in Love” rozbudzają apetyt i najlepiej oglądać je, mając zarezerowany stolik w restauracji (informacja dla Warszawiaków: świeże mule są sprowadzane do stolicy w czwartki). Na pewno będzie okazja, żeby tak zrobić, ponieważ prawa do dystrybucji kupiła polska firma Against Gravity, film zostanie też pokazany na festiwalu Planete Doc. W tym roku miałem okazję uczestniczyć w kolacji, która odbyła się po pokazie „Mussels in Love”. Odznaczony dwoma gwiazdkami Michelina szef kuchni Nils Henkel wspiął się na wyżyny swojego talentu, przygotowując dania, o których moje kubki smakowe będą długo pamiętać. Czego tam nie było! Szparagi z truflami i kawą, rozpływający się u ustach soczysty pstrąg morski pieczony w czterdziestu stopniach do miękkości, no i oczywiście, główny bohater kolacji, czyli świeże mule, przywieziono prosto z holenderskiego regionu Zeeland. Wyraziste, smakujące morzem. Wszystkie dania podawane – tu ukłon w stronę gospodarza festiwalu – z doskonałymi białymi Rieslingami. Po takiej kolacji łatwo zrozumieć, dlaczego Carlo Petrini, charyzmatyczny lider ruchu slow food, bohater „Slow Food Story”, namawia na powrótdo tytułowej idei. Slow food w swoich korzeniach to miłość do produktów lokalnych i jakościowych, wytwarzanych z szacunkiem dla tradycji i kultury regionu. To pochwała różnorodności, walka z bylejakością i macdonaldyzacją, nastawioną na globalne zyski ze sprzedaży tych samych produktów na całym świecie. Idea wolnego jedzenia zyskuje coraz więcej zwolenników także w Posce, chociaż u nas, w kraju na dorobku, który wciąż chętniej wspiera globalne koncerny gastronomiczne niż małych lokalnych producentów, taka idea długo może wydawaćsię fanaberią. Z dokumentem o slow food koresponduje „Red Obsession” o najsłynniejszych francuskich winnicach. Jaki wpływ na wino ma aktualna sytuacja geopolityczna na świecie? Okazuje się, że kolosalne. Za przykład niech posłuży fakt, że największym importerem win z najstarszych i najbardziej szacownych francuskich winnic są obecnie kolekcjonerzy… z Chin, którzy za najlepsze roczniki płacą tysiące, setki, a nawet miliony euro. Popyt na francuskie wina w Azji, doprowadził do absurdalnego wzrostu cen klasyków z regionu Bordeaux. Obecnie w Chińskiej Republice Ludowej jak grzyby po deszczu powstają winnice we francuskim stylu. Metodą kopiuj i wklej buduje się je wraz ze średniowiecznymi zamkami, które mają uwiarygodnić nową tradycję. Brzmi jak żart, ale okazuje się, że barbarzyńska metoda przynosi efekty. Chińczycy coraz częściej wygrywają w prestiżowych konkursach winiarskich, zatem niewykluczone, że już wkrótce w sklepach będziemy kupować Cabernet Sauvignon made in China. Jasnym punktem programu tegorocznego Kina Kulinarnego był film „Make Hummus Not War”, dokument o najsłynniejszym daniu na Bliskim Wschodzie. Mowa oczywiście o hummusie, który jak w soczewce, pokazuje, że zwaśnione kraje arabskie więcej łączy, niż dzieli. Oglądając film, trudno nie zadać pytania: dlaczego w Polsce, gdzie daniem narodowym jest kebab, potrawy z cieciorki (główny składnik hummusu) to wciąż egzotyka? Obecnie rozwkit przeżywają różnego rodzaju hamburgerownie, ale biorąc pod uwagę rosnące zapotrzebowanie na miejskie jedzenie i fakt, że hummus jest potrawą tanią, można spodziewać się, że w końcu doczekamy się mody na hummus bary. To zresztą nieuniknione, bo hummus to chyba jedyna potrawa na świecie, której wielbiciele stworzyli orientację seksualną. Miłość do hummusu nazywa się hummuseksualizmem. Łukasz Knap

reklama