Łój wołowy/frytki/Belgia

Łój. Tłuszcz wołowy. Przyznaje, mam duży problem ze smakiem tłuszczu wołowego. Wciąga mnie tak, że nie mogę przestać. Jest cudownie uzależniający, a frytki usmażone w tłuszczu wołowym – chce się więcej i więcej.|Łój. Tłuszcz wołowy. Przyznaje, mam duży problem ze smakiem tłuszczu wołowego. Wciąga mnie tak, że nie mogę przestać. Jest cudownie uzależniający, a frytki usmażone w tłuszczu wołowym – chce się więcej i więcej.
Jednak, mało kto dziś takiego tłuszczu używa, a na takie frytki najbliżej do Belgii. Odległość jest niczym. W imię smaku pojadę wszędzie. Dlatego pewnego dnia wraz z przyjacielem J.G. ruszyliśmy na podbój europejskiej stolicy. Cel był prosty. Zjeść możliwie jak najwięcej frytek, muli, wypić morze pysznego piwa. Dolecieliśmy w nocy – wykańczająca podróż samolotem z Warszawy, później – pociąg z przedmieścia Brukseli. Ponad godzina! Jak dobrze, że była ordynarna szkocka. W końcu wolni – nie załatwili hotelu – bo po co – przecież znajdziemy coś na miejscu. Nie jesteśmy przecież turystami planującymi wycieczkę z przewodnikami w ręku. Męczy „jet lag”. Jak na zamówienie wita nas ulewa- jak się wkrótce okaże- ulewa stulecia. Nie przeszkadza to jednak aby – co możliwość -zatrzymać się na frytki. Piwo – wedle prawa – możemy bowiem spożywać na ulicy- nie marnujemy tej szansy ani przez chwile. W końcu żeby trzymać walizkę i zwiedzać to piękne miasto wystarczy jedna ręka. Co prawda mokro i bez hotelu – ale w końcu się coś znajdzie. I znalazło się. Hotel, my przemoczeni do suchej nitki, recepcjonista wita nas szerokim uśmiechem i afrykańskim akcentem. Wdrapujemy się na trzecie piętro – ja się tym zajmę – mówię. Zbiegam pędem. Chyba coś się panu pomyliło – nie chcemy małżeńskiego łóżka. Bardzo był zadowolony, że nie było innego wyjścia. Postanowiliśmy podejść do tego po męsku i nie robić scen. Szybko udaliśmy się szukać jeszcze lepszych frytek. Deszcz nie ustawał, a spożycie piwa wzrastało wraz z rosnącym entuzjazmem. Gdzieś w chmurze deszczu zgubiliśmy się z J.G. Telefon rozładowany. Zdecydowanie za mało euro w portfelu i żadnych dokumentów- i co najlepsze- wychodząc z hotelu nie spojrzałem jak hotel się nazywa, nie wziąłem wizytówki. Przecież wyszliśmy tuż „za róg”.  Szukam, wędruje, szukam. W tym deszczu nic nie widać. Przypadek– już świtało- znalazłem. Proszę o ładowarkę i adres od razu kiedy spostrzegam, że niema partnera mojej wycieczki. J.G. zamawia taksówkę. Dojeżdża siedem kilometrów. Rano zaczynamy dzień śniadaniem do łóżka– a jak- frytki i piwo. Pierwsze miejsce, które odwiedzamy po opuszczeniu hotelu częstuje nas także piwem, owocowym. Przekonuje J.G – zobaczysz to nie syf! W trzydziestu procentach to owoce. Przyjęło się idealnie. W końcu trafiamy na lokal serwujący frytki na wołowym tłuszczu. Warto było przeżyć te wszystkie przeciwności losu by w końcu skosztować tak zrobionego ziemniaka. Chrupiąca struktura na zewnątrz, delikatne wewnątrz przenikające się smaki ziemi i wołu. Metafizyka zamknięta w fast food’owym produkcie jedzona rękami. Tłuszcz wołowy w pewnych daniach jest nie do zastąpienia, a frytki na nim usmażone smaczniejsze a przede wszystkim zdrowsze. Tu część dietetyków popuka się w głowę. Wystarczy przyjrzeć się jednak, na czym smaży się frytki. Obrzydliwe frytury, oleje palmowe, wszystkie rafinowane, zalepiające nasze żyły. To wystarczy jako argument. Nie boję się łoju czy smalcu lecz wzdrygam się na myśl o tanich olejach roślinnych- zakale naszej gastronomii. Mule– te mogę jeść w każdych ilościach, przyrządzane na wszystkie możliwe sposoby, ale o tym jeszcze napiszę. Piwo w Belgii to ogrom, możemy się łudzić chcąc go smakiem ogarnąć, jednak  zawsze skończy się to kacem i olbrzymią nadkwasotą. Belgia to ponad czterysta gatunków piwa, spróbować choć ułamka tego bogactwa wydaje się być walką z wiatrakami. Cóż– próbować trzeba. Wylatując z Brukseli zatrzymano mój podręczny bagaż. Konfiskacie padło foie gras. Nie śmierdzące kiełbasy i cuchnące sery – oddałbym to wszystko łącznie ze wszystkimi czekoladkami- ale właśnie foie gras. Nawet nie wspomnę ile kosztowało, nie mówiąc ile cierpienia kosztował widok wyrzucanej do śmieci otłuszczonej gęsiej wątroby.

reklama