Serca na Walentynki

Jedno jest pewne – wszystko, jak co roku, będzie „różowoczerwone” i „sercowate”.
Można złorzeczyć na amerykanizację obyczajów świeckich w naszej ojczyźnie (choć  ja myślę, że w tym przypadku jest to nieuniknione), można kontestować i można uczestniczyć. Ja uważam, że należy wręcz – obowiązkowo – mieć swoje zdanie na temat, a co za tym idzie traktować ten dzień po swojemu. Moja koleżanka z licealnej ławki zawsze niebotycznie się Walentynkami frustrowała. Mówiła, że nie jest zakochana, nikogo nie ma – a w gwoli ścisłości ostatniego faceta miała dwa lata temu i to tam, gdzie zawsze facetów miewa – czyli na Ibizie. Narzekała: jak ona ma się z tym wszystkim czuć? I że może dobrym pomysłem byłoby zrobić w takim razie święto „pełnosprawnych”, aby tym samym mechanizmem napiętnować tych, co w pełni sprawni nie są. Trochę się z jej prowokacyjną teorią zgadzam – choć wyprodukuję truizm i powiem, że nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Dodam jeszcze, że nie każdy chce żyć z kimś w parze. Nie da się ukryć że dla tej grupy ludzi dzień ten może mieć charakter wręcz opresyjny. Ja  i  Moja Ukochana Walentynek nie będziemy obchodzić. Nie będzie prezentów, czerwonych róż, miłosnych liścików, kolacji przy świecach, czerwonego wina i całego pseudoromantycznego bełkotu czy pseudoestetyki. Zresztą romantycznie mamy na co dzień, więc dlaczego poddawać się dziwnemu  „czemuś”, co aspiruje do miana naszej tradycji. A wiadomo „tradycja to jest coś ekstra” …”[…] tradycją nazwać niczego nie możesz i nie możesz uchwałą specjalną zarządzić, ani jej ustanowić, kto inaczej sądzi – świeci jak zgasła świeczka na słonecznym polu. Tradycja to dom, który tysiąc lat rósł w górę[…]”- wedle popkulturowego wieszcza narodowego. Mój zawód jednak zobowiązuje do tworzenia jak najlepszych warunków i przestrzeni dla tych, co Walentynki obchodzić będą chcieli – to w końcu kolejny dzień by podać na  stoły coś wyjątkowego. Wypadkowa więc jest następująca: Serca drobiowe w przyprawach korzennych. Do przyrządzenia potrzebujemy wagowo takiej samej ilości serc co cebuli. Na ten przykład niech to będzie kilogram na kilogram. Trzy pomidory, dwa ząbki czosnku i cała masa przypraw korzennych i nie tylko. Imbir, cynamon, goździki, ziele angielskie, kumin, można dodać kminek, kmin rzymski i koniecznie ostrą paprykę. Ilości jak to w „żywej kuchni” – zależą tylko od nas. Dodajemy szczyptami i próbujemy. Szukamy smaków takich, które nam pasują, na które mamy właśnie ochotę czy które będą nam się komponować z trunkiem, który mamy zamiar podać do stołu a jeśli jest to czerwone wino, to warto też podlać nim danie w trakcie duszenia. Serca należy dokładnie umyć –  każde z nich ścisnąć palcem wskazującym i kciukiem – tak, by pozbyć się skrzepu krwi z aorty. Smażyć na maśle klarowanym, bądź na smalcu, tak żeby były naprawdę rumiane. Potem dodać po kolei: cebulę, pomidory, czosnek, przyprawy i wino. Jak wszystko się zagotuje, zmniejszamy ogień, przykrywamy i dusimy, od czasu do czasu mieszając. Nie powiem wam, ile to potrwa – trzeba próbować. Serca mają być miękkie, ale jędrne. Na sam koniec dodajemy świeże zioła. I znowu – jakie?  Na dobra sprawę dowolne- natka, estragon, lubczyk, tymianek, mięta, perilla – to, co aktualnie rośnie i to, na co mamy ochotę. Dokładnie jak z walentynkami. Chcemy – obchodzimy, a jak nie chcemy – nie obchodzimy. Mamy cudowną wolność podejmowania decyzji. Problem pojawia się przy demokracji dwuosobowej  tzn. przy wyniku „tak” do „ nie”  1:1. Kompromis jest wielką sztuką bez dwóch zdań. (I na koniec coś ostrzejszego prosto z Japonii – przysmak w postaci serca węgorza. Podczas patroszenia tej ryby wydobywa się owy organ i wciąż bijący połyka popijając wodą. Hm… myślę, że to poszukiwanie jakiegoś metafizycznego przeżycia.)  

reklama