Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój Księgarnia Sklep Cyfrowy

Zmywaka nikt nie docenia


Tym razem nie będzie o jedzeniu. Będzie o ludziach.

Najniższy szczebel w gastronomicznej hierarchii. Ciężka, uwłaczająca robota w oparach gorącej wody i szkodliwej chemii, do tego resztki jedzenia. I znikąd wdzięczności. Zmywaka nikt nie docenia. W polskich realiach na zmywaku pracują zwykle starsze panie, nierzadko samotne, na emeryturze, zarabiają na wnuki. Często też są szalenie oddane, dobrze wiedzą, co to hardcore i ciężka praca, bo wiele w życiu doświadczyły, bywa, że po wybłaganej zaliczce znikają na tygodnie bez śladu. Na Wyspach na zmywak trafiają i Polacy, i przybysze z innych krajów łaknący emigracyjnego chleba. Ja też pracowałem na zmywaku. Zmywak to tygiel kulturowy, ludzie z różnym wykształceniem. Spotkałem dziewczynę po UJ-ocie, z dwoma fakultetami. Spotkałem też pana G., który wciągnął mnie w boks. Na zmywaku można spotkać ludzi z każdego zakątka świata. Portugalczyków, którzy takich tylko udają, bo w rzeczywistości są z Brazylii. Afroamerykanina uczącego się języka polskiego z niesamowitym zaparciem po to, by zrealizować plan przeprowadzki do Polski, choć nigdy wcześniej tam nie był. Na zmywaku spotkałem też starego Szkota – Jimmy’ego. Jimmy wyglądał jak podstarzały pirat z wąsami i brodą, na których widoczne były ślady od tytoniu wypalanego w skrętach. Po twarzy było widać, że to człowiek, który dużo doświadczył w życiu. Jimmy mówił ze szkockim akcentem, którego nawet Szkoci nie byli w stanie zrozumieć. Poprosiłem go kiedyś o jedzenie pozostałe z cateringowych bemarów, pokazując plastikowe pudełeczka, które miałem w plecaku. Jimmy odparł wtedy: „Nie! Chcesz, żeby mnie wypieprzyli z pracy?!”, ale wziął mój plecak i wskazał miejsce, gdzie będzie później leżał wypakowany jagnięciną. Przyznam, uratował mi wówczas życie – to był któryś z rzędu dzień, kiedy do jedzenia nie miałem nic, ewentualnie musiały mi wystarczyć sardynki z puszki. Jimmy’ego poznałem bliżej, kiedy zacząłem gotować w jego kuchni. Jimmy był tam niezastąpiony. Pamiętam, jak trzy osoby zmagały się w szalonym pędzie z tym, co on zrobił bez pośpiechu, mimo że wciąż wychodził na papierosa. I nikt nie ważył się rozliczać Jimmy’ego z tych przerw – tylko on miał taki przywilej. Jimmy pojechał do Hiszpanii na dwutygodniowe wakacje. Po powrocie nic nie mówił – dopiero po tygodniu przyznał, że nie było sensu wyjeżdżać, bo pogoda w Hiszpanii jest gorsza niż w Szkocji. Narzekał, że nie było dnia bez deszczu, do tego duszno, a do najbliższego pubu pod górę… mógł przecież zostać w domu. Jimmy lubił wypić – nigdy tego nie krył. Miał też zasadę: nie zaczynał pracy bez pięciu pintów piwa. Idąc do pracy na siódmą rano, mijałem pirata stojącego w drzwiach pubu „Quarter Gill” i krzyczącego, żebym wstąpił przynajmniej na jednego. W pracy był punktualnie, przed ósmą, jak gdyby nigdy nic – wiedzieli o tym szefowie, ale żaden nigdy nic nie powiedział. W pracy Jimmy pił rzadko, ale kiedyś się zdarzyło – dwadzieścia cztery butelki ciemnego piwa. Wszyscy próbowali zatrzymać ten piwny strumień, ale nie mogli znaleźć ukrytej zgrzewki. Ja wiedziałem – trzymał piwo w suficie. Jimmy był świetnym pracownikiem, przede wszystkim jednak był dobrym człowiekiem i kumplem. Restauracja to wielki organizm. Jako klienci, siedząc przy stole, nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak wielu ludzi pracuje na to, żebyśmy mogli zjeść. I że każdy z nich ma swoją historię. James Watt                                                                                                                         R.I.P.


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI