Dymińska ma Petit Appetit

Wchodzę. Mam nadzieję, że będzie jak w Charlotte albo lepiej. Siadam. Jest jakoś bez klimatu, zimno, muzyka za głośna. Zamawiam śniadanie Paris (16 pln).
Zamiast konfitury śliwkowej dostaję truskawkową, nikt nie pyta mnie, czy chcę dostać croissanta, czy bułkę. Spoko. Dostaję całkiem przeciętną bułkę, galaretowaty dżem i miękkie masło, które ani trochę nie jest takie jak powinno być. Mogłoby przecież być kremowe, delikatne, mogłoby ronić kropelkę wody po naciśnięciu nożem. No ale wróćmy do rzeczywistości. Jest źle. Bardzo. Jestem obrażona i głodna. I nie idę do Subwaya tylko dlatego, że na dworze jest mróz. Obrazek Do tego obsługa jest niezbyt uprzejma i niezbyt zorganizowana. Dwa razy wołałam kelnerkę z moim jedzeniem do mojego stolika, bo dwa razy zmierzała z nim do innego. Zamówiłam jeszcze omlet z kozim serem (12pln). Był przyzwoity, choć mało francuski. Mama robiła mi takie jak chodziłam do zerówki. Ale uwaga, jest niespodzianka. Miseczka z czymś mocno podejrzanym, co w ogóle niczego nie przypomina. Obrazek Po dziubnięciu widelcem orientuję się, że to pomidor. Co za koszmar. Zastanawiam się czy to mnie przypadkiem nie obraża. I być może reszta blogerów, którym zasadniczo smakuje i podoba się wszystko będzie dalej chwaliła tutejsze kanapki z rostbefem i ogórkiem konserwowym (WTF?), ale ja czegoś, co leży od kilku godzin z włożonym do środka kawałkiem zdechłej sałaty, nie dotknę nawet przez serwetkę. Nie tak dawno byłam we Francji i widziałam co to jest boulangerie. Co? Na pewno nie Petit Appetit.   Petit Appetit ul.Nowy Świat 27 https://www.facebook.com/BoulangeriePetitAppetit?fref=ts  

reklama