Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój Księgarnia Sklep Cyfrowy

Berlin: jedzenie z internetu


4 lipca 2012 Ugryzienie Kozak redakcja
Jak mi brakuje smaku – polecam wam baaaardzo to rozwiązanie - wsiadam w pociąg i jadę do Berlina. To najbliższe miejsce, gdzie na przestrzeni paru ulic mogę skosztować tylu różnych kuchni, o ilu sobie zamarzę, i to jeszcze przyrządzonych z autentycznych składników: żadnego tam glutaminianu, żadnego maggi zamiast sosu sojowego. Bokczoj, tajska bazylia, zahtar sprawiają, ze nie dbam o bagaż, bilet kupuje przez internet...

Internet w tym tekście będzie kluczowy. Dlaczego? To make complicated story short: kiedy wykończona pracą („Uciec pociągiem od przyjaciół, Wrogów, rachunków, telefonów. (…) W taką podróż chcę wyruszyć, Gdy podły nastrój i pogoda” – tak tak, zaczęło się lato, kiedy cytuje się piosenki Maryli Rodowicz) wpadłam do mieszkania na Kreuzbergu i oświadczyłam właścicielowi, że zamierzam nic nie robić, tylko całymi dniami jeść i z nim gadać – chętnie na to przystał. Zapytał tylko: co chcesz zjeść? I tu zaczęły się schody.

Bo ja chciałam coś, ale nie wiedziałam co… Chciałam egzotycznie i tak, żebym nie musiała po to daleko chodzić i żebym nie mogła tego dostać w Warszawie i Krakowie, i wybrzydzałam tak jeszcze przez dobrą chwilę – jak pijawka na francuskim piesku – aż wpadłam na najgenialniejszy pomysł: Unlike Guide połączony z Google Maps. Po wielkim, berlińskim śniadaniu w Cafe Marx, po drugiej stronie parku (Spreewaldplatz 6) (znacie, mam nadzieję, tradycję berlińskich śniadań, które są na tyle ważne, ze można na nie dostać wszystko, od hummusu, przez angielskie klasyczne, po orientalne rosoły i sery w octowej zalewie, często są otwartym bufetem od 3 Euro za łebka, a podawane są do późnych godzin popołudniowych, idealnego rano dla artystów) można było zajrzeć „w internet”. Ominęliśmy Burgermeister z hamburgerami, który polecała Starecka  i poszliśmy na sąsiednią ulicę przyjrzeć się etiopskim kebabom i zupie z soczewicy. Potem przyszedł czas na Wietnam: na tej samej ulicy jest sobie bar, a w nim potrawy z parę Euro, polecali lokalsi. Nothing fancy, taki sobie bar na Oppelner Strasse – Pho Phan. I nigdy, przenigdy nie będę tego mogła zrozumieć, czemu w mojej porcji za 20 zł w Berlinie dostanę nie tylko świeże mango, ale i wybór świeżych ziół, których nikt nie potrafi nazwać, i Pho, które jest prawdziwym Pho, a 5 godzin pociągiem dalej będę skomleć za takim daniem i wydawać na jego surogat fortunę. No nic, idźmy w pozytywy: a mianowicie Koreę.

Uwielbiam koreańskie jedzenie: nie wiem, co w nim takiego jest, ze sprawia, ze czuje się – wiem, ze to potwornie wydumane stwierdzenie – jakbym jadła żywioły. To nie jest pięć przemian, smażą tam często mocno, ale, jedząc koreańskie jedzenie, mam wrażenie, ze mimo wszystko: jest ok. A w Kimchi Princess na Skalitzer Strasse jest bardzo ok.

Jest wręcz bosko: począwszy od lokalizacji (niedaleko stoi bar w autobusie dwupiętrowym…), poprzez betonowe słupy, podłogę i sufit, poprzez ekipę przepięknych kucharzy pracującą w kuchni na piętrze, poprzez ławy z prostego drewna i czerwone neony jak z „Łowcy Androidów” w wersji organic, poprzez menu

i wielkie rodziny koreańskie, które przyjechały odwiedzić syna – muzyka, który związał się z hipsterską mieszkanką Berlina i teraz cała grupa w milczeniu spożywa razem z gorących płyt najsmaczniejsze kombinacje, łącznie z bulgogi… W Księżniczce przygoda zaczyna się już od przystawek: niezliczonych talerzyków z rozmaitymi kiszonkami: moja ulubiona to soliród w paście z chili, również lekko podkiszony – wysmukłe wodorosty idealnie pasują do stalowych pałeczek.

Do tego herbata z jujube (po polsku ekhem – głożyna, daktyl chiński lub koreański) o superskoncentrowanym, karmeloworóżanym posmaku i oczywiście mistrzowskie kimchi (widzieliście, jak Anthony Bourdain z najcudowniejszą przewodniczką świata, szaloną koreańską projektantką mody, która tańczy pomiędzy beczkami kimchi jak prawdziwa Kimchi Princess, kiedy Anthony – w 3 minucie 38 sekundzie zaczyna wymieniać czym kiszonka jest dla Korei:

[yframe url=’http://www.youtube.com/watch?v=NDrH6bBCbHA ‚]

– jeśli chcecie zobaczyć, jak się robi kimchi w zakopywanych ziemi beczkach, koniecznie obejrzyjcie ten odcinek i starajcie się nie robić domowego kimchi w małym mieszkaniu w bloku, smród będzie potworny). Sfermentowana kapusta, której każdy liść przekłada się pasta z chili, imbiru, cebuli, czosnku, marynowanych krewetek i innych owoców morza, służy jako dodatek do wszystkiego (są już desery z kimchi!), ale pełno jej także w omlecie, zupie, i po trochę w każdym daniu… Działa jak naturalny antybiotyk, pewnie Koreańczycy powiedzieliby, że to również afrodyzjak, choć jej właściwości przyśpieszające trawienie i zapach sprawiają, ze nie do końca wierze w efekt natychmiastowy. Nie będę już opisywać aromatycznej wołowiny i rozpływających się w ustach kalmarów: Kimchi Princess to adres nie do ominięcia w Berlinie. Zwłaszcza, ze za rogiem jest Angry Chicken, czyli cudowny bar szybkiej obsługi, gdzie za 3,50 dostaniecie ostrego kurczaka w cynamonie i frytki. A w podziemiach jest niezły klub… Soju Bar.

Żeby was nie przytruwać już egzotyką i slinotokiem: w internecie znalazłam na sąsiedniej ulicy Bar Raval – tapasy, które założył sam Daniel Bruhl

(pamiętacie go z „Good Bye, Lenin”? Teraz jest szalonym anarchistą w obydwu częściach „Dwóch dni” Julie Delpy) z pomocą hiszpańskiego przyjaciela Atilano Gonzáleza. Obydwaj wiedzą, że bar to nie tylko sprowadzony z Hiszpanii marmur czy berlińska boazeria, ale przede wszystkim dobre wino, świetne chorizo i wyśmienite patatas bravas. W Raval nie poczujecie się jak w Hiszpanii, bo jesteście w Berlinie, ale zjecie autentycznie, wyciągniecie spokojnie nogi, nawet w dziurawych tenisówkach i odpoczniecie, a na języku osadzi wam się dobry smak.

Bawiąc się dalej tekstem śpiewanym przez Marylę: Berlin to prawdziwe remedium na jednostajność składników polskiej kuchni. I jest tylko parę godzin stąd. Szybko działające lekarstwo bez recepty z instrukcją obsługi w internecie.


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI