Co zjemy w 2012?

123rf

Z wypiekami na twarzy szukam w internecie wszelkich kulinarnych wróżb na przyszły rok? Co zjemy? Jak zjemy? Czy zjemy?
Kręcą mnie nowe trendy w kulinariach. Nie tylko te, które mówią, że w przyszłym roku szalenie modne będzie podsypywanie wszystkiego pestkami z granatu, ale przede wszystkim te, które pokazują jak ważne jest jedzenie w naszym życiu. Jedzeniowi trendsetterzy – a nie jest ich wcale tak wielu – plączą się w paradoksach. Moją ulubioną listę trendów przygotował Phil Lempert, analityk z Supermarket Guru – i chyba jako jedyna nie zawiera ona koszmarnych ekscytacji w stylu „To rok ziemniaka!” (choć tryumfalny „powrót frytek” jako żywo mnie interesuje) czy „Uważajcie na wódki aromatyzowane ‘inaczej’!” (fakt, ta o zapachu wędzonego sera wzbudziła moje adekwatne uczucia). Wszyscy eksperci i pseudoeksperci jednak zgadzają się w jednym: jedzenie będzie ważne, będzie się o nim mówić, zawładnie – jeszcze mocniej – naszym życiem codziennym – ale zrobi to na innych niż dotychczasowe warunkach. Dla mnie jest to przede wszystkim trend polski – to tu jedzenie nareszcie zaczęło wzbudzać zachwyt i uwagę, nareszcie zostało odczarowane… Dzieje się tak pomimo ciągle rosnących cen żywności na świecie – i to niestety również jeden z najważniejszych trendów jedzeniowych na 2012 rok… Chwileczkę, czy ja naprawdę napisałam „pomimo”? Czy te trendy nie są ze sobą przypadkiem powiązane? Czy dobre jedzenie nie staje się po prostu luksusem? Ufff, mam nadzieję, że nie. Anyway – jest to coś, co należy obserwować, uczestniczyć. Bo przepłacać i tak będziemy wszyscy mimo woli. Albo nie mimo woli, bo utrzymuje się też trend, który także w Polsce obserwujemy od jakiegoś czasu: że wolimy jedzenie „od kogoś”. Chcemy wiedzieć skąd pochodzi nasza cielęcinka, pasternak, gomółka sera. Na Zachodzie już zachłystują się nowym sexy zawodem – farmera – my mamy jednak przed sobą długą drogę do takiego kalifornijskiego podejścia. I choć znamy już np. producentów serów z Frontiery, to do tego, by – jak pisze Lempert – rolnicy stali się celebrytami trochę nam jeszcze brakuje… Jednocześnie, oprócz zbliżania się do producentów jedzenia, będzie się coraz bardziej od niego dystansować. Będziemy bowiem coraz bardziej technoseksualni, albo technosensualni, jeśli chodzi o kulinaria. Moja matka przepisy na potrawy sprawdza nawet na marokańskich blogach, a ja po restauracjach w innym kraju chodzę z aplikacjami na iPhone’a… I ten trend zawładnie nami jeszcze mocniej. Skanowanie metek, porównywanie cen, doradzanie co zrobić z danego składnika, czy pokazywanie w restauracji w Chinach na telefonie, co by się chciało zjeść – its sooo here and sooo now. Mężczyźni w kuchni? No tak, walka ze stereotypami, że to oni są najlepszymi szefami jeszcze przed nami , zwłaszcza w tej części świata – jednak trend „faceci do garów” skupia się raczej na obecności mężczyzn przy zakupowych wózkach, na targach a potem przy domowych kuchenkach, gdzie gotują dla przyjaciół czy rodziny podtrzymując kolejny trend: Xtreme Home Cooking, czyli gotowanie w domu, również po to, by oszczędzać! Ja generalnie jestem za – wszystko to podsyca bowiem mój ukochany trend… Trudno go określić po polsku – ale jeśli ktoś chce/umie – niech pomoże. Chodzi w nim o to, że jedzenie jest praktyką społeczną i że za jego pomocą możemy nie tylko zacieśniać przyjaźnie i więzy rodzinne ale również budować społeczność lokalną czy społeczeństwo obywatelskie. Lempert pisze o tym w tonie biblijnym „nigdy nie będziesz już jadł ani robił zakupów samotnie” i przywołuje przykłady farmerów tweetujących gdzie będą sprzedawać swoje produkty czy jedzeniowe flash moby oraz ludzi używających w kulinariach LoSoPhoMo (= local, social, photo and mobile czyli łączących lokalne, społeczne, fotograficzne i mobilne). Pamiętam z jaką fascynacją słuchałam Brytyjki Charlotte Cotton, autorki jednej z najlepszych książek o fotografii na świecie, która zaproszona do kuratorowania muzeum w Los Angeles porzuciła myśl o tworzeniu tam wielkiej kolekcji fotografii i wystaw z wielkimi nazwiskami. „Pomyślałam – jest kryzys, ludzie potrzebują zupełnie czegoś innego, w kryzysie myśli się przecież nie o sztuce a o … jedzeniu”. Do współpracy zaprosiła więc artystów, którzy hm… bawią się jedzeniem. Na przykład Fallen Fruit którzy szukają bezpańskich drzew owocowych i zapraszają ludzi do wspólnego zbioru, a potem pichcenia dżemów… Zadzierzgają przyjaźnie, wywołują emocje, troszczą się, działają na rzecz sąsiedztwa i społeczności lokalnych. Chyba nic dziwnego, że marzy mi się coś takiego w Polsce. Jest jeszcze jeden trend – oczywiście oprócz nacisku na kuchnie etniczne – który lubię szczególnie. Otóż podobno w 2012 będziemy jedzenia … słuchać. Rozpoznamy czy jest świeże lub zdrowe po dźwięku przełamywanej kolby czy korzenia, po syku wydobywającym się z otwartej butelki. Kawior będzie skrzypiał pod naszymi zębami w miarę rozgryzania jego kuleczek, szampan dopieści nasze bębenki bąbelkowym tremolo a kryzysowe konserwy i kiełbasa z ogniska otworzą przed nami nowe przestrzenie dźwiękowe. Czy nie BRZMI to naprawdę zmysłowo?

reklama