„Faceci od kuchni” – śmiałam się jak do sera

Najszybsza recenzja? Siedzący obok naszej wspólnej koleżanki Słynny Krytyk Filmowy w pewnym momencie podobno powiedział „Ta dziewczyna koło ciebie bez przerwy się śmieje”. Nie pamiętam, żebym śmiała się jak głupia do sera, lecz na pewno do wszystkich potraw na ekranie oraz z fatalnego tłumaczenia bardzo smacznej komedii, które zgotował nam dystrybutor.

reklama

Jeśli sława Jeana Reno i kulinarne obietnice przyciągną do kin tłumy, będziemy mieli szansę wejść na kolejny level świadomości kulinarnej w naszym kraju: „Faceci od kuchni” to bowiem idealny sposób na wytłumaczenie całego „systemu kuchni” – nie tylko tego, jak działają wielkie restauracje i dlaczego walka o gwiazdki Michelin wyzwala w niektórych takie emocje jak Nobel czy Euro, lecz również tego jak powstaje słynna francuska haute cuisine czy kuchnia molekularna. Ta ostatnia zresztą obśmiewana jest niezwykle w „Facetach” – już sam fakt, że specjalista od molekularnej pochodzi z Hiszpanii, jest tu oczywiście powodem do tego, by osoba znająca się na kulinarnym światku w kinie śmiała się do sera…

O co chodzi w tym szalonym filmie? Alexandre Lagarde (Jean Reno), uznany w całym Paryżu mistrz kuchni, cierpi na brak kulinarnej weny. Choć prowadzona przez niego restauracja jest niczym Luwr wśród muzeów, a goście z wielotygodniowym wyprzedzeniem muszą oczekiwać na stolik, Alexandre wpada w nie lada tarapaty. Nowy właściciel restauracji planuje zastąpić dotychczasowe menu rewolucyjną, znacznie tańszą kuchnią molekularną. Na miejsce Alexandra czyha niejeden młody kucharz, a on sam stoi przed bardzo trudnym wyborem. Albo dostosuje się do nowych zasad, albo zawalczy o to, co najbardziej kocha. Na szczęście na jego drodze stanie niesforny, ale bardzo zdolny Jacky Bonnot – człowiek, który potrafi ugotować wszystko. Szykuje się kuchenna rewolucja…

Oczywiście ze wszystkimi konsekwencjami: prawie wojną, obsikiwaniem terenu i wszystkimi emocjonalnymi tarapatami, w które mogą wpaść tylko faceci walczący o przewodnictwo w stadzie. To zresztą kolejny – z drugiej jednak dość jednak smutny – potencjał komediowy tego filmu: powód do niezliczonych slapstickowych sytuacji i qui pro quo: krętactwa dorosłych mężczyzn, który kłamią, wykręcają się i boją się kobiet w swoim otoczeniu – wszystko oczywiście przez lub dla swojej pasji. Dzięki temu oczywiście komedia przypomina najlepsze wygibasy z czasów „Skrzydełka czy nóżki” – no nie mogłam się przecież nie odnieść do tego klasyku – ale zostawia widzkę z dość gorzkim smakiem…

Owa męska komitywa przy tworzeniu dań choćby – oddana jest jednak w tej lekkiej komedyjce mistrzowsko. Widziałam ostatnio film „Bras en Bras”, który będzie pokazywany w sekcji kulinarnej festiwalu Transatlantyk – przepiękną, mięsistą medytację o przechodzeniu michelinowskiej restauracji Michela Bras w ręce jego syna. Część scen „Facetów od kuchni” wygląda dokładnie tak jak w tym dokumencie: pominę już walkę o tron, lecz przede wszystkim ślęczenie nad nowym przepisem w towarzystwie kuchcików, delikatne ruchy łyżki rozprowadzającej emulsję, kombinowanie, co gdzie na talerzu…

Czy znajdzie się w tym polski widz? Ten kulinarnie zaawansowany zauważy setkę ukrytych niespodzianek – jeśli jednak terminologia kulinarna jest mu znana i wychwyci ją we francuszczyźnie Jeana Reno – będzie miał prawdziwą ucztę, której być może nie schrzani nawet fatalne, tracące wszystkie wewnętrzne dowcipy tłumaczenie… Parfait jako lody? O zgrozo! To tak jakby na foie gras mówić „wątroba”! Ten, który niekoniecznie wie, o co chodzi w sous-vide, ale da się poprowadzić poprzez kuchnię, w której wszyscy żądają od Jacky’ego frytek do wszystkiego (hiperpolska scena! Jak z keczupem do pizzy!), stołówkę w domu starców, kulinarne programy, gwiazdki Michelina, kuchnię molekularną i przejdzie przyspieszoną kulinarną edukację, która kończy się soczystym antrykotem.

PS. Niestety, ów piękny kawałek mięsa NA SAM KONIEC sfilmowany jest tak, że od razu po seansie poszłam szukać mięcha. Więc – wrażliwcy kulinarni – do biletu do kina od razu doliczcie sobie cenę steku.