Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój

Gourmet burgers


20 czerwca 2012 Ugryzienie Kozak
Nigdy już nie będzie takiego lata. „Nigdy nie będzie tak pysznych ciastek. Reprezentacja naszego kraju nie będzie miała takich wyników. Już nigdy, nigdy nie będzie takich wędlin, takiej coca coli. Takiej musztardy i takiego mleka. Nigdy nie będzie takiego lata.” Łapcie je, bo to wasze pierwsze lato z gourmet burgerami. Zachłyśnijcie się, rozsmakujcie, dajcie się ponieść, tylko się nie zakrztuście.

Kiedy spotkałam ostatnio autora powyższych słów, Marcina Świetlickiego, w okolicy Plant, wracałam właśnie z krakowskiego Love Krove, gdzie bezwstydnie wtrząchnęłam na lunch wielkiego burgera a na ekranie iPhone’a wyświetlał mi się sms od Aleksandra Barona, który pisał mi właśnie, że tekstu nie będzie, bo zakłada burgerownię. Moi znajomi – w tym wieloletnia, wytrwała wegetarianka, szefowa gazety kulinarnej, która ewidentnie złapała mięsny flow – oznaczali się tym samym momencie na facebooku w kultowym już Burger Barze przy Puławskiej, gdzie najlepiej zamówić od razu dwa (i koniecznie te z Wagyu, jeśli są), bo i tak i tak będziecie czekać na nie pięćdziesiąt minut. I wiecie co? Wszyscy czekają. Na deszczu, na zewnątrz, bo lokalik miniaturowy, w towarzystwie zadziornych panów czekających wiecznie na otwarcie składu złomu, choć jest niedziela, a ubrani są hipstersko – znacie moją ulubiona scenę z „Two Broke Girls” jak rozróżnić bezdomnego i hipstera?

Zaczęło się. To lato należy do gourmet burgerów. Takich, które przypominają, że burger był kiedyś porządną bułką z dobrym mięsem, zanim przejął go sponsor Euro i jemu podobni, i zrobił z niego synonim złego smaku kończącego się monstrualną otyłością. Że bułka to niekoniecznie naleśnikowaty placuszek nasączony chemią, a posmak węgla może pochodzić z … węgla a nie takiej przyprawy o smaku wędzenia. To część większego trendu, w którym jedzeniu przywraca się utracony blask, autentyczność, traktuje je z należnym szacunkiem. Nigdy już nie będzie takich wędlin? Takiej coca coli? Takiej musztardy i takiego mleka?

Zobaczymy.

Taki hamburger, co to go już nie będzie, to dla mnie wyprawa z rodzicami do stolicy Podkarpacia, gdzie w pewnym momencie na jednej z głównych ulic funkcjonowało okienko. Z okienka podawano nam wielkie (a może ja byłam mała?) buły z sezamem – oczywiście było to jeszcze w czasach, kiedy bułki nie składały się z waty napompowanej powietrzem – wypełnionej dobrem. Pamiętam, że cebula, pomidor taki, wiecie, prawdziwy, taka sałata masłowa po prostu, korniszony, do tego keczup, który jeszcze wtedy był taki jakiś bez konserwantów… No i mięso. Od polskich krów, bo jak inaczej, czasy takie były. My brzdące w zderzeniu z tym jedzeniem to było coś! A mama opowiadała, jak jadła hamburgery we Francji czy Niemczech. Nigdy już nie będzie takiego lata.

To, za to, co będzie, to boom. Boom burgerboom. Będzie, bo skoro amerykański Bloomberg pisze, że w Stanach musi się on skończyć, to znaczy, że u nas się zaczyna. Że w USA nie może być tak, że utrzyma się ciągłe podniecenie burgerami z Kobe czy Wagyu, lub tymi z Umami Burgers, gdzie w bułce ląduje shitake, karmelizowana cebula, pieczone pomidory i chips z parmezanu i keczup umami (nie jestem w stanie sobie wyobrazić tego smaku…). Że nie może być tak, że za fast-dining fine food będziemy płacić dziesięć dolków za burgera (pamiętacie słynnego shake’a za pięć z Pulp Fiction?). Że nie będzie już takiego lata, bo Mc et consortes już wprowadzają w swe oferty coś, co przypomina fine food. I dobrze – moda na porządne jedzenie zmienia więc tyjące oblicze ziemi, tej ziemi. No.

Ale u nas ten burgerboom już jest – młodziutki i świeży – i oznacza, że – być może po raz pierwszy w życiu – stać będziemy w przerwach na lunch i po melanżach przed food truckiem (tak tak, pytałam gdzie one w Polsce i już są!) wybierając czy z takiej wołowinki, czy z awokado, czy z jalapeno… I nigdy już nie będzie takiego lata, kiedy będzie to tak świeże, nowe i ekscytujące.

O burgerach w Krovie wiecie, o tych z Burger Baru pisała już Nakarmiona Starecka, a ja do tego się kocham z oddali, platonicznie, w Burger Baru łysym właścicielu, więc pisanie o tym, że naprawdę mają genialne kanapki może zostać wzięte za bredzenie woman in love… Napiszę więc wam, jak szukałam swojego autora. Pewnie wszyscy wielbiciele pisania Aleksandra Barona zauważyli już, że od jakiegoś czasu zniknął. Nie ma już soczystych zdań na Zwierciadlo.pl. Są za to soczyste burgery na Krakowskim Przedmieściu 64, w Domu Polonii, w przestrzennych salach, w Lokalu Bistro. Aleksander od dawna nosił się z pomysłem na polskie burgery. Takie, w których maślana bułka o specjalnej recepturze – słodko- -słona, o błyszczącej powierzchni – wypiekana jest przez zaufanego piekarza w ponad stuletnim piecu. W których majonez robiony jest na oleju rzepakowym z Góry św. Wawrzyńca, a zielsko w środku pochodzi od pana, który do tej pory dowoził niesamowite zioła na Solec 44 – dzięki czemu w środku są i drobne kwiatuszki, botwina, jak i odświeżające kawałki podobne rabarbarowi. W których jest albo polski Angus i wędzony ser z Wiżajn, albo dorsz z kiszoną kapustą, albo w końcu lekko pedofilski hit: Słupski Chłopczyk, polski camembert produkowany w słupskiej mleczarni od 1925 roku.

Konfiturowana czerwona cebula i pieczone pomidory odmiany np. „Gargamel” to już tylko dodatek…

Usiadłam przy oknie, zaraz obok szałwii. Dostałam grudkę zapakowaną w pergamin z przypieczętowanym logo – wszystko zobaczycie na zdjęciach Stareckiej, która ubiegła mnie z wpisem.  Jakimś cudem objęłam piękne wielkie monstrum palcami i uniosłam do ust. Ugryzienie Kozak. Siedzący naprzeciwko zmordowany Aleksander zapytał tylko „Jest seks?”. Za oknem polscy kibice zmierzali na mecz z Czechami – jeszcze radośni i pełni nadziei – rosyjscy kibice śpiewali Kalinkę, motocykle wywoływały trzęsienie ziemi, a mi sok ciekł po palcach. Widząc moją minę Aleksander dodał tylko „Dla takich widoków warto żyć”. No bo jest seks. Totalny.

Jak wyszłam, pomyślałam sobie jeszcze, ze „nigdy policja nie będzie taka uprzejma”, jak tego dnia, kiedy pijana sokiem z burgera jechałam szczęśliwa rowerem przez puste ulice Warszawy.

PS. Muszę się przyznać: nie jadłam jeszcze w Moaburgerze, ale kto jadł we wszystkich burgerowniach – niech pierwszy rzuci we mnie mięsem. No?

[yframe url=’http://www.youtube.com/watch?v=_a1FdDf72AQ’]


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI