Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój

Graukase


Moja ostatnia miłość nazywa się Graukase i mieszka daleko ode mnie. Nie odwiedzamy się często, choć Tyrol podobno jest już na wyciągnięcie ręki. Jeśli jednak do mnie zawita, zrobię zupę. Poznaliśmy się na lekcji tyrolskiego gotowania. W otoczeniu czerwonej, pachnącej metalicznie sarniny, małych truchełek przepiórek, w lekkim zapachu lodów waniliowych doprawionych ciemnozielonym – w kolorze najmodniejszych aktualnie lakierów do paznokci – olejem z pestek dyni. Właśnie cięłam sobie palce na „mięsnym” stanowisku, bo Grześ Łapanowski kazał mi pokroić sarninę w przezroczyste plastry, kiedy zauważyłam go w kącie, z inną grupą. Skupiłam się jednak przez chwilę na technice wyciągania kosteczek z przepiórek i nacinania jagnięciny, pokrzepiłam pysznym lokalnym winem i wyruszyłam na podbój. Nie zajęło mi dużo czasu, żeby stwierdzić, ze jesteśmy dla siebie stworzeni. Kiedy ludzie mnie pytają co zabrałabym do jedzenia na bezludną wyspę (tak, wiem jak idiotycznie brzmi to pytanie…) to odpowiadam w pierwszym momencie, ze ser. Potem zaczynam się skłaniać ku karczochom, ale któż z nas nie miał skoków w bok… A Graukase jest naprawdę wyjątkowy. Na pierwszy rzut oka przypominał mi dzieciństwo i „zgliwiały” ser, który odstawiało się, aż wyglądał na zepsuty, a potem smażyło, by wyglądał – a zwłaszcza pachniał jak jeszcze bardziej zepsuty, do tego w towarzystwie zazwyczaj znienawidzonego przez dzieci kminku… Niegdyś bym go unikała, teraz nie dość że budzi sentymenty, to jeszcze smakuje. Mój Tyrolczyk ma kruche serce i łatwo się topi. Dojrzały robi się giętki i soczysty. Dojrzewa co najmniej dziesięć tygodni. Jest łagodniejszy niż zapamiętany z dzieciństwa smak. Do tego jest – jak na ser – dietetyczny. I idealnie komponuje się np. z octem malinowym i olejem z orzechów laskowych. Jest wręcz słodyczkiem. Kiedy się pojawi, zrobię orgazmiczną zupę. Taką zupę, którą potem trzeba długo spalać… Nauczyłam się ją robić na tej samej lekcji od kucharzy pod dowodzeniem Grześka Łapanowskiego, rozkochanego w tyrolskich produktach, ale – jak dla mnie – mogłaby ją robić jakaś tyrolska Nigella: ilość masła, sera i śmietany jest tu bowiem powalająca. Na solidnej ilości masła przesmażamy cebulę i ząbek czosnku. Do tego wlewamy bulion wołowy, zagotowujemy (niektórzy robią tu zasmażkę) i dodajemy pokruszony Graukase. Kiedy się już rozpuści – przyprawiamy pieprzem, można kminkiem. I dolewamy co najmniej 250 ml śmietanki kremówki na litr bulionu i co najmniej 200 g sera. Ja posypałabym jeszcze aksamitną zupę świeżym estragonem, ale grzanki i pietruszka będą równie smaczne. Polecam pić, nie jeść łyżką. Lepiej czuć jak czyste kalorie rozlewają się po jamie ustnej, koją wnętrze i pieszczą język delikatnym posmakiem Graukase… Jeśli zauważycie mojego wybranka w okolicy – proszę, dajcie znać. (A tu parę zdjęć z tego, jak powstaje…)


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI