Holfudź

Nie zagłosowałabym na obrazek kolegi w konkursie, w którym można było wygrać wyjazd do USA, gdyby nie jego komentarz „Głosujcie, bo nie każdy z nas jadł w Wholefoodsie”. Kliknęłam od razu.

reklama

Zawsze czuję się tam jak idealny produkt PRL-u. Niemała dziewczynka z pustą kobiałką błąkająca się pomiędzy wysypującymi się z półek egzotycznymi dobrami. I nie są to tureckie delikatesy z baranimi jądrami, o nie. To HAMERYKA. Jej nowe, zielone oblicze, bez gmo, bez mgs, only proud American soy... Praszczur wszystkich organicznych sklepów na świecie. Kolorowe pudełka, lady z piramidami wszelakich serów (krowy zostały potraktowane z należytym szacunkiem), stosy muszli i błyszczących płatów ryb, czekoladowa fontanna, mięsne stanowisko z coraz to bardziej ekologicznymi połaciami czerwieni. To jeszcze znoszę ze spokojem. To, gdzie załamuje mi się całkowicie system wartości, kompas wewnętrzny, to bufet.

Stres decyzyjny. Brak poczucia sprawczości. Ogłupienie. Jednoczesny ślinotok i żal, ze trzeba wybrać. I totalny komfort, kiedy jem spokojnie ulubioną sałatkę z quinoa z żurawinami i selerem naciowym. Ale mogłam przecież zjeść około 200 innych rzeczy: robionych na miejscu, ekologicznych, bardziej lub mniej zdrowych. Nadziewane portobello muschrooms? (Chcecie przepisy – sprawdźcie sobie tu) Wegański tuńczyk z kokosa? Dobra, jeszcze nie tym razem. Następnym razem nie załamię się z powodu tego, że czegoś jest duuuuużo.

Nazywany domowo przez przyjaciół „holfudziem” – The Whole Foods Market ma za sobą oczywiście amerykańską historię od pucybuta do korporacji. Wyrzucony z collegu John Mackey i jego dziewczyna Rene Lawson pożyczyli od rodziny 45 tysięcy dolków i założyli sklep ze zdrową żywnością w Austin, w Texasie (kurde, co jak co, ale Texas nadal nie kojarzy mi się z organic). I kiedy ktoś doniósł, ze w swoim mieszkaniu przechowują jedzenie – przenieśli się do sklepu. Legenda głosi (a za każdym amerykańskim sukcesem musi stać taka legenda), że nie mieli tam prysznica, ale może oszczędzę wam opisów rurki przymocowanej do zmywarki, której używali zamiast… Grunt w tym, że sklep rozrastał się, dochodzili nowi udziałowcy, powstał całkiem pokaźny supermarket ze zdrową żywnością. I wtedy przyszła powódź.

Wcale sobie nie żartuję. Naprawdę tak się stało. Żywioł wymiótł produkty, zniszczył sprzęty. Mieszkańcy Austin byli już jednak tak uzależnieni od kupowania w wielkim warzywniaku, że własnymi rękami odbudowali sklep w 28 dni.

Cokolwiek czytać, pisać i mówić złego o The Whole Foods (że oszukują na składzie produktów, że czasem nie dbają o prawa pracownicze, że wykosili z rynków małych dostawców, że…), to jednak to im Ameryka zawdzięcza modę na zdrową żywność: nawet średnio zamożni mieszkańcy dużych miast mogli po prostu kupić ją w jednym – fajnie ogranym estetycznie – miejscu, oszczędzając czas na chodzenie po targach czy małych sklepikach. Plus – ów wyrzucany z collegu założyciel – wieloletni CEO firmy – nie lubi kłamać. Kiedy w 2009 roku zarzucono The Whole Foods, że pod przykrywką zdrowego, ekologicznego jedzenia sprzedaje to, co każdy, Mackey sprawdził to i przyznał „sprzedajemy mnóstwo śmiecia” – od razu też zarządził, że standardy firmy będą sprawdzane i podnoszone.

Kiedy myślę o Stanach – głupio – to wcale nie myślę o junk food. Myślę o setkach pojemniczków z 20 rodzajami humusu, pastami z bakłażana, z fasoli. O uwielbianych przez Wojtka organicznych kokosankach w gorzkiej czekoladzie. O grzybach, które pachną na cały sklep. O tym, ile zdrowych dań do ugotowania przychodzi mi do głowy w tym miejscu. O ekscytacji podobnej do tej z Muzeum Historii Naturalnej (podbijanej przez chłodne betonowe mury Holfudzia): czy to możliwe, ze Ziemia to wyprodukowała? I klikam „like” na wszystkie konkursy, które mogą ludzi, którzy w The Whole Foods nigdy nie jedli, wysłać na zieloną orbitę.