Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój Księgarnia Sklep Cyfrowy

Jem Kopenhagę


19 grudnia 2011 Ugryzienie Kozak Aga Kozak
Jak nie zwariować z objedzonego szczęścia w mieście, w którym znajduje się najlepsza restauracja na świecie?

Nie będzie to jednak opowieść o Nomie, niestety. O tym, że lecimy do Kopenhagi, dowiedzieliśmy się z Najlepszym Towarzyszem Podróży zaledwie tydzień przed wylotem. Do tego lądowaliśmy w sobotę i mieliśmy 20 godzin na to, żeby się … hm … rozejrzeć/najeść. Najlepszy kucharz świata nie zignorował bynajmniej naszej prośby o stolik („może sekcja dla dzieci?”) odpowiedział nam  jednak uprzejmie, że niestety, nie znajdzie dla nas nawet miejsca przy barze, ale że następnym razem – jak najbardziej. Snucie wspomnień o gałęziach do jedzenia i o inkarnacjach duńskich warzyw z szesnastego wieku musimy więc odłożyć na inny termin. Lekko zniechęceni, obraziliśmy się więc na te podroż i postanowiliśmy jej nie planować – puścić się, pójść w miasto bez wskazówek, na czuja. Niestety już w samolocie okazało się, że ze swoich – spakowanych na jedną noc – torebek i plecaczków wyciągnęliśmy nic innego jak pokaźne zadrukowane pliki kartek ze wskazówkami z Unlike City Guide – jednego z najlepszych przewodników po miastach na świecie. I zaczęliśmy się kłócić: co zjemy najpierw. Sytuacja była dramatyczna. „Ziemniaczki w kubełku, kartofelki w kubełku i rybka” – pokwękiwał Najlepszy Towarzysz Podroży. Wymarzony kubełek okazał się być trzy kroki od dworca i hotelu. Jak się potem okazało – na szczęście. Restauracja Frk. Barners Kælder to tradycyjna gospoda (założyła ją Regitze Barner prowadząca w dziewiętnastym wieku w tej samej kamienicy przytułek dla kobiet) podająca klasyczne duńskie potrawy na kraciastych obrusach. Nic tam fancy shmancy – zaczyna się od śledzi i popija się wszystko dzbanami piwa: właśnie na to przychodzą tu silne męskie grupy przepięknie nonszalancko wystylizowanych hipsterów na bifor, i grają w kości lub oglądają mecze. Najlepszemu Towarzyszowi Podróży zrzedła jednak minka, kiedy zobaczył wymarzoną przez siebie rybę i „kartofelki” – porcja rybska (kosztująca do tego majątek) kojarzyła mi się tylko z rozmiarami pancernika, ziemniaczki zaś zagospodarowywaly wdzięcznie wiaderko pokaźnych rozmiarów. Poprawiliśmy wiec sobie humor śledziami z żytnim chlebem. I zwariowaliśmy – klasyczne smaki z kaparami, curry czy pomidorami bił na głowę śledź w korzennej mieszance czerwonego wina i przypraw, spomiędzy których wybijał się cynamon (przepis na ten frykas poniżej). Nie poszliśmy jednak w małego pancernika, lecz w duński hamburger – rozbija się na nim żółtko i je z mieszanką przedziwnych dodatków, takich jak świeżo tarty chrzan czy kapary. Dodatki były cudne, ale mimo wszystko – nie zachwyciło to nas. „Czym mamy ‘to’ popić?” – zapytaliśmy kelnera niewinnie jak bohaterowie z Witkowskiego. W podobnym, nonszalanckim stylu skwitowaliśmy jego odpowiedź, że piwo lokalne z rozmaitymi naturalnymi aromatami ziół – jest fajne ale mocne. Przypłaciliśmy długą drzemką… Obudziliśmy się w idealnym momencie, by poprawić sobie humor dużą ilością słodyczy – i ten fragment nie będzie o jakości, tylko o przeżyciu. Bo jeśli lubicie nostalgiczna atmosferę wesołych miasteczek, ale takich filmowych, nie tych polskich – koniecznie odwiedźcie Tivoli. Pomiędzy oldschoolowymi wyścigami konnymi a strzelnicą oraz paroma diabelnymi karuzelami możecie objeść się ciastkami, lodami z polewami i marschmallows i niebieskimi granitami o smaku ludwika. Kto ma 20 godzin na posmakowanie miasta – często działa wbrew rozsądkowi. Nasza wyprawa w miasto o siódmej rano w niedzielę – nie przyniosła więc początkowo ani ukojenia dla żołądka (uznaliśmy, że znajdziemy cos lepszego niż hotelowe śniadanie), ani ekscytacji. Okazało się, że miasto śpi. I to dosłownie – przebijając się przez pochrapujących sobotnich imprezowiczów, dotarliśmy pokrętną drogą (wszystko zamknięte) przed Aamanns – mieliśmy bowiem dziką ochotę na współczesną wersję archetypicznych duńskich kanapek na żytnim chlebie, które w Aamanns  traktuje się z niezwykłą swobodą i brawurą. Na szczęście – odbiliśmy się od drzwi. Na szczęście, bo zajadając się tam pół dnia pewnie nie trafilibyśmy „przypadkiem” do hipsterskiego Norrebro. Wybranie w tej dzielnicy knajpy na śniadanie nie było łatwe – z podpiwniczeń i zza szerokich witryn zachęcały rozmaite opcje. W końcu osiedliśmy w przepięknej Laundromat Cafe i już nas mało obchodziło, że można tu też zrobić pranie czy poczytać książkę. Zobaczyliśmy menu. Nasz dirty brunch (tak się nazywa opcja, którą wybraliśmy) – wylewał się z talerza: kiełbaski, lokalne sery, owoce, pankejki… Tymczasem za rogiem czaiły się co najmniej trzy warte uwagi kawiarnio-piekarnie, sprzedające jeszcze do tego np. białą czekoladę w słoikach do kanapek… Nie bacząc na pokusy, niezdolni do wepchnięcia w siebie następnej porcji jedzenia, zabłądziliśmy więc. A w podróży z Najlepszym Towarzyszu Podróży, który ma tendencję do gubienia się, jest to, że to zagubienie niesie zazwyczaj moje narzekanie, ale też najfajniejszą niespodziankę. Naszym oczom ukazali się wiec najpierw ludzie ze smakowicie wyglądającymi zakupami, a potem dwie gigantyczne hale wypełnione stoiskami z jedzeniem. Na Torvehallerne KBH znajdziecie wszystko: Hiszpanów z tapasami, producentów czekolad i kaw, ekologicznych warzyw, niezwykłych przetworów, ciastek, wędlin, serów, owoców morza… Postanowiliśmy wrzucić na nasze przepełnione brzuszki jeszcze po parę słodyczy: Agnes Cupcakes  były bowiem takie malutkie i milutkie. W chwilę po tym, kiedy okazało się, ze nie możemy płacić kartą, już ktoś z kolejki zapłacił za nasze ciastka – jak nie mieliśmy zakochać się w mieście w którym rozumiano naszą kulinarną namiętności poświęcenie?   PS. Pierwsza karma, którą zobaczyliśmy w Danii była niejako i ostatnią. Zagapiliśmy się bowiem na obłędne wypieki, ciastka i smørrebrød na wystawie stanowiska piekarni Lagkagehuset i do Polski postanowiliśmy przemycić wiekiem pudło wypieków, które nijak nie chciało dać się „ukryć”. Na szczęście pracownicy SAS z szelmowskim uśmiechem na ustach pytali nas „cake?” i przepuszczali przez kolejne bramki… Śledzie po duńsku z cynamonem (idealne na święta) śledzie (Matjasy) szklanka czerwonego wytrawnego wina szklanka cukru ocet balsamiczny cynamon (zarówno kawałek, jak i trochę mielonego) goździki rodzynki czerwona cebula pokrojona w krążki Z wina, cukru i octu z przyprawami robimy marynatę – zagotowywujemy, a potem pozwalamy odparować przez parę minut na najmniejszym ogniu – w tym czasie parzymy rodzynki we wrzątku, a następnie wrzucamy do gorącej jeszcze marynaty i studzimy. Matjasy przekładamy krążkami czerwonej cebuli i zalewamy marynatą: aby się przegryzło musi stać co najmniej dzień!


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI