Kieliszek miasta

Drink promujący miasto? Wpadli na to w Kopenhadze: można tam zawołać „A Copenhagen, please!” i dostać płaski pucharek wypełniony różowo-pomarańczowym płynem. Wiemy czym jest Manhattan, a czym byłby Kraków? Czym Warszawa?
Uwielbiam studiować karty drinków. Ciągnące się w nieskończoność jak menusy z chińskich restauracji, pełne są zaskakująco campowych nazw, na które wpadają chyba tylko znudzone drag queens po godzinach. Nie zapomnę lubieżnych określeń z karty nie z żadnej tam manhattańskiej speluny, lecz z Porto Praga (ta restauracja – choć umieszczona po „drugiej stronie Wisły”, to z resztą warszawska namiastka Manhattanu – idealna na randkę w stylu „Seksu w Wielkim Miescie”, lub na babski wieczór z kolorowymi drinkami, choć oczywiście słynie z ryb) – „Blow Job” (Crème de banana & Bailey’s) czy „Cocksucking cowboy” (Butterscotch & Bailey’s) robią odpowiednie wrażenie (czy ktoś to w ogóle zamawia? Pamiętam jak pierwszy raz usłyszałam w Londynie parę zamawiającą „Sex on the beach”, pamiętam, że w pierwszym momencie nie wiedziałam, o co chodzi…) Ja nie mogłam się oprzeć „Pornstar Martini” z szotem szampana obok różowego drinka… No cóż. Może dlatego pomysł Kopenhagi tak bardzo mnie rozczulił. Zwłaszcza, ze włodarze miasta, przyuczeni przez pijarowców, nie wstydzą się mówić o tym, że ten drink do odbicie „cool style” stolicy (wyczuwacie dwuznaczność tego stwierdzenia? Tak jak i tego, ze to „taste of a cool North”? ). Drinka wybrało grono ekspertów zasiadających w specjalnej komisji na Nordic food festival Copenhagen  w 2009 roku. W końcu zwyciężył Gromit Eduardsen. Drink musiał zawierać Cherry Heering Liquer (nazwa nie ma nic wspólnego ze śledziami, choć łatwo się pomylić… – jest to szacowny trunek produkowany od 1818 roku, który jest min. podstawą Singapore Sling) i jest mieszanką Bolsa Genever (czyli jałowcówki) wyciśniętego soku z limonki, syropu cukrowego i Angostury Bitter. Da się przełknąć. Zamknij oczy i myśl o Nomie. Singapore Sling to z kolei mieszanka wiśniowego smaku z ginem, cytryną, sokiem z ananasa, Cointreau, Dom Benedictine i Angostury, która powstała w Hotelu Raffles na przełomie wieków, a jej autorem był barman chińskiego pochodzenia – Ngiam Tong Boona. W Hotelu do tej pory jest – tak, tak! – małe muzeum tego drinka, w którym trzyma się księgę z przepisem na niego… Chyba nie możecie tam nie zajrzeć, będąc w Singapurze… Podobnie rzecz się ma z Nowym Jorkiem – co prawda pierwsze skojarzenie alkoholowe to może być również niejaki Cosmopolitan – rozsławiony przez panie z „Seksu w Wielkim Mieście” – ale klasyczny, elegancki Manhattan na kanadyjskim łyskaczu, wermucie i angosturze, z wisienką koktajlową bije go na głowę. Uwielbiam czytać kolejne historie o jego powstaniu: podobno NIE powstał na przyjęcie wydawane przez matkę Winstona Churchilla (w dawnych czasach cocktaile wymyślano na fety polityczne, how odd is that?), tylko wymyślił go barman zwany Black z baru przy Houston – tez mniej więcej w 1870 roku… Nie sposób przy tej okazji nie wspomnieć o Long Island Ice Tea,  najbardziej zdradliwym ze zdradliwych drinków świata: zgrabnie udającym w czasach prohibicji mrożoną herbatę. „Niewinna” mieszanka ginu, wódki, tequili, rumu dosmaczanego cytryną i triple sec (zwróćcie uwagę: żadnego soczku jako baza, do tego wszystko podawane w konkretnej szklance)  zapewne oddaje temperament mieszkańców wyspy w obrębie Nowego Jorku. A co z nami? Skoro Henryk Vibskov czy Comme des Garcons robią inspirowane miastami perfumy, które maja zamykać w butelce charakter miasta, to może pokusimy się o Warszawę czy Kraków w kieliszku? Już widzę Prezydent Hannę Gronkiewicz –Waltz lub Prezydenta Majchrowskiego opowiadających o mieszance tradycji z nowoczesnością, którego odbiciem jest kolorowy płyn na bazie wódki…

reklama