Kozak, bita śmietana i karnawał

Ten wpis to hołd dla bitej śmietany i podpowiedź dla wszystkich tych, którzy są przerażeni wizytą gości. Oraz ulga dla tych, którzy ciast nie lubią, a preferują kremy. Rozpusta, dietetyczna głupota i słodki sukces. |Ten wpis to hołd dla bitej śmietany i podpowiedź dla wszystkich tych, którzy są przerażeni wizytą gości. Oraz ulga dla tych, którzy ciast nie lubią, a preferują kremy. Rozpusta, dietetyczna głupota i słodki sukces.

reklama

Kupiłam ostatnio w antykwariacie jedno z najstarszych wydań „Kuchni polskiej” i popatrzyłam na zdjęcia, nawet starsze niż te, na które z pobożnym skupieniem spoglądałam jako dziecko: torty kanapkowe, serowe koreczki, śledziki, faszerowane jajka ze smętnym przybraniem z groszku i (a jednak!) anchovies lub (a jednak!) koreczka helskiego… Pamiętam, że w dzieciństwie marzyłam o takim karnawałowym przyjęciu. Że kanapki spięte wykałaczką z symbolami karcianymi, że galaretka… Koszmar. Ale żadnych przyjęć nie było, a nawet jak były to jakieś takie inne: bardziej eleganckie, pomysłowe, nic z PRLowskich przykazów.

Pewnie dzięki temu rodzinnemu przygotowaniu (francuskim przepisom babci, matczynym niezliczonym babeczkom, tortom Dobosza czy makaronikowym) i na przekór temu, co w dzieciństwie widziałam, mam tendencję do przemieniania byle okazji w ucztę. Hojna ręka, przekalkulowywanie apetytu gości i – hamowana jednakowoż – tendencja do barokowości spełniają się wtedy idealnie. A najbardziej w deserach. Hipsterska Gesslerowa – to ja.

A to ze względu na bitą śmietanę, kremy i bezy. Uwielbiam piec, dzięki babci drożdżowe ciasto robię z zamkniętymi oczami, jednak mam zawsze wrażenie, ze ciasto to jednak nie ten poziom karnawału, rozkoszy i przyjemności. Że to codzienne. Podobne jedzeniu. A w deserze nie o to przecież chodzi. Zwieńczenie słonego – zwłaszcza w czasie zabawy – musi być bardziej interesujące. Wiem, że sama każdy pierniczek, serniczek czy scone zamieniłabym na kremową konsystencję – dopiero ona jest dla mnie naprawdę występnym, prawdziwym deserkiem… Obserwuję też, czego ludzie sobie najbardziej odmawiają. Nie mówią „nie” wytwornym pralinom czy ganache. Posmak grzechu pojawia się wtedy, kiedy jest grana bita śmietana.

Nie wiem, skąd się to bierze, że jeden z najłatwiejszych i najpyszniejszych deserów świata budzi w Polsce aż takie dreszcze: że kaloryczny? – a co nie jest? Że z laktozą? Tak, tez jej sama unikam, ale beeeeez przesadyyyy. Kiedy pisze ten tekst, dzwoni Michał i mówi, że bita śmietana nie jest taka wcale łatwa do ubicia, a Victor każe koniecznie napisać, że to nie o to chodzi, ze śmietana do ubicia ma być zimna, ona ma być wcześniej „długo przechowywana w lodówce”. I ma rację!

Ojcem bitej śmietany nazywany jest Vatel – być może jego szaleństwo łączy się we mnie z wrodzoną skłonnością do bałaganu i dlatego najbardziej lubię bitą śmietanę w gargantuicznym nieładzie. Moje ukochane desery to totalnie bezwstydne trifle i eaton mess. Kiedy chce być powściągliwa robię bitą krem z bitej śmietany mieszanej z przestudzoną kaszą manną. Ale to sterowana powściągliwość…

Bałagan związany z eaton mess opisywała już Dorota Minta: ja mogę tylko dodać od siebie, że w tym deserze najlepsze jest to, ze można się tak bezwstydnie puścić: napoić owoce alkoholem, dodać przyprawy i świeże zioła (lawenda! Tymianek do truskawek!), wsypać do niego ostrużyny skórki z limony, zrobić całkiem na kwaśno z hiperzmysłową marakują. Zanim zamienię się w Nigellę, napiszę tylko, ze moim idolem, jeśli chodzi o bałagan z Eaton jest Arek Bober, który ten prosty deser (bezy miesza się z bitą śmietaną i owocami) podpimpowuje tak, że bezy robi sam z dodatkiem świeżych liści bazylii… Jak to smakuje z truskawkami!

Bita śmietana rozumie też tych, którzy jak w prozie Musierowicz z łakoci najbardziej lubią boczek a właściwie to śledzie. Moje ukochane śledzie – deserowe – to te pod drobno posiekaną cebulą i bitą śmietaną wymieszaną z morską solą i kaparami. Albo marynowanym zielonym pieprzem.

Ale czas na trifle. Bijemy się wśród przyjaciół jak Ella i Lous, jak wymawiać nazwę tego deseru.

[yframe url=’http://www.youtube.com/watch?v=J2oEmPP5dTM’]

Niezależnie od nazwy to kolejny bałagan, w którym – wybaczcie to moje ulubione wyrażenie – można się puścić. Każdy przyrządza tak naprawdę swoją odmianę z tego, na co ma ochotę. I jest to – no może oprócz warzącego się czasem domowego custardu i bitej śmietany, która nie chce się ubić – bajecznie prosty deser. I nie wierzcie tym, którzy wam będą próbowali wmówić, żeby rozłożyć go do małych salaterek – nie! Trifle najlepiej wygląda w szklanej półkuli, gdzie można obserwować warstwy, marzyć o tym, żeby nałożyli nam więcej tej lub tamtej… Zasada jest prosta: nasączone syropem lub alkoholem ciastka, owoce, custard i bita śmietana w jednym naczyniu. To, co z tym zrobicie, jest wasze. Są tacy, co biszkopty ładowane na samo dno przekładają dżemem, są tacy, co robią ten deser z amaretti, są tacy, co używają tylko świeżych owoców, są tacy, co podają mus… Mój najlepszy triffle składał się z biszkoptów nasączonych jeżynówką, musu z mango, truskawek i malin, domowego custardu, i bitej śmietany z płatkami róży… Ale wyobrażam sobie, ze wspomniana marakuja czy krwiste pestki granatu też zrobią odpowiednie wrażenie. Po tym deserze goście uważają was za boginię, całują się po kątach, wkładają palce w salaterkę i chodzą w hedo-euforii. Pełen karnawał. Czego wam życzę.

A zamiast mojego przepisu na Triffle – obejrzyjcie jak go robi Nigella i zróbcie coś kompletnie innego.

[yframe url=’http://www.youtube.com/watch?v=zGkVbK5d_iE’]