Kozak: co zjeść na Islandii?

– Co do diaska można zjeść na wulkanicznej wyspie?- myślałam wybierając się do Reykyaviku. I kogo do licha zapytać o radę? Odpowiedź okazała się być najprostsza na świecie: facebooka. |- Co do diaska można zjeść na wulkanicznej wyspie?- myślałam wybierając się do Reykyaviku. I kogo do licha zapytać o radę? Odpowiedź okazała się być najprostsza na świecie: facebooka.

reklama

Nie wiem czy też tak byście mieli, ale moi znajomi ewidentnie przeżyli jakiś okres fascynacji Islandią do tego stopnia, ze zdecydowali się kupić te superdrogie bilety i tam pojechać. Co ciekawe: część zdołała tam być na stypendium, pojeździć po wyspie autostopem (a jest tam właściwie tylko jedna główna droga, którą można objechać całą wyspę…) podejrzewam, że się zakochać i zrobić parę nielegalnych rzeczy. Nieważne – grunt w tym, że facebook okazał się być superprzydatny – a lista wyglądała mniej więcej tak: Vodka Lava, gnijące mięso rekina, głowa barana w barze na dworcu autobusowym, puffiny – czyli śliczne ptaszki maskonury – potwornie słona lukrecja, łosie, a nawet delfiny czy wieloryby. Dostałam też rekomendację: woda z kranu (genialna, fakt, można ją też kupić zabutelkowaną…) i SKYr – czyli słynny delikatny serek.

Podobnie przydatni okazali się przypadkowo napotkani przyjaciele, którzy mówili „O właśnie dziś spotykam się z Islandczykiem – wpadnij!”. Chyba nie codziennie człowiek spotyka się z Islandczykiem. Na szczęście mi przypomniał się czas, kiedy ja spotykałam się z Islandczykiem i postanowiłam zapytać również Diddi o pomoc.

Okazał się być nad miarę pomocny (podobno ja w czymś mu kiedyś pomogłam, nic nie pamiętam…więc pamiętajcie: róbcie dużo dobrych rzeczy, karma wraca!) i dał mi całą listę miejsc, w których sam  by zjadł, gdyby akurat nie mieszkał w Danii… 

Zaczął od słynnych hot-dogów, których faktycznie nie można nie skosztować. „Jeśli nie byłeś w TEJ budce z hotdogami – to znaczy, ze nie byłeś w Rykyaviku, już sama ich nazwa mówi ‘najlepsze w mieście’ nie, żeby tak było, ale to obowiązek tam iść” – mówi Diddi. I ja go słucham.

100_4933

 

Od razu za hotdogiem ustawiają się nie lokalne specjały rybne, lecz …hamburger. „Nigdy nie dostałem lepszego burgera niż w „hamborgarabúllan„, co tłumaczymy na „the burger joint” (taką też nazwę zobaczycie na tabliczce przy miniskwerze). Jadłem większe, bardziej wyrafinowane, droższe a nawet zdrowsze burgery, ale nigdy lepszego niż tu” – twierdzi Diddi. I one są super. Z newsów – właściciele mają podobne miejsce w Londynie (to z wiadomości z cyklu „wszyscy wszystkich znają a na pewno zna wszystkich kierowca busa”)

 

I nareszcie lokalna specjalność: zupa z homara. Brzmi strasznie nadęcie tymczasem to tu jak kartoflanka… „Sægreifinn jest od razu obok miejsca z burgerami, jest dość tanim miejscem, ale niczym wyrafinowanym.

zdjęcie 2

Serwują tam legendarną lobster soup oraz wieloryba z grilla, którego nazywają „moby dick on a stick“… Czy to wymaga tłumaczenia? Sama fraza może nie, ale moja wizyta w tym miejscu – tak. Zacznę może tak: gdyby ta niezwykła dziura znajdowała się na Manhattanie byłaby najgorętszą hipsterską miejscówką.

zdjęcie 4 zdjęcie 3  zdjęcie 5

Po wejściu widać, ze wszyscy siedzą na beczkach, w których Polsce przechowuje się kapustę i inne makabryczne treści, że to miejsce nie widziało remontu od wielu lat, za to dużo przeróbek i że ma świeże ryby z portu obok, które wystawione są na patykach w specjalnej lodówie.

zdjęcie 1

Zamówiłam u pięknej blondynki zupę. Namówiła mnie na wieloryba. No i co? Zjadłam zupę – rozgrzewającą, gęstą, smaczną, ale nic takiego – rozmyślając o sprawach najważniejszych : jak bardzo kocham wieloryby (bardzo, to jedne z moich ulubionych stworzeń), czy nie kocham też jagniątek (tak, ale je jem) i co bym zrobiła z ludzkim mięsem w obliczu katastrofy (no, hm. tak). Stwierdziłam, że wychodzi mi, że jem wieloryba. Kiedy nadszedł, rozpłakałam się i odmówiłam. Tak właśnie. Choć spróbowałam go dnia następnego.

 

Kolacja? To rekomendacje:

KEX „Þrír frakkar” (może to znaczyć trzy trencze lub trzech francuzów po islandzku) 

 Eldsmiðjan – jeśli chcecie pizzę z pieca opalanego drzewem z gruszy, bo podobno działa cuda….

„Dill” – nowa nordycka kuchnia w budynku Alvara Alto

„Grillmarkaðurinn” – prowadzone przez najsłynniejszą i pewnie najlepszą dziewczynę – szefa na Islandii (zobaczcie jak na stronach jej restauracji dokładnie się wymienia dostawców poszczególnych produktów, łącznie ze skyrem)

i strasznie fajna restauracja „Snaps”, taka w której chce się siedzieć i siedzieć…

To polecania od przyjaciela. Teraz moje: przejdźcie się po mieście, bo warto zobaczyć co się dzieje w okolicy: znajdziecie choćby restaurację z raw food – Glo (również prowadzona przez kobietę!) z imponującym sklepem na dole, jak i wiele miejsc, które skuszą was po prostu naleśnikami – da się znaleźć takie domowe i przytulne, nawet przy głównym deptaku. Jak już miniecie główną handlową część – znajdziecie z kolei raj tajskich restauracji, które pachną tak, że uwierzyłam ich autentyczności od razu, a do tego przekonał mnie rój nalepek z rekomendacjami. To, co was pewnie zdziwi, to restauracje w czymś co my wykorzystalibyśmy w najlepszym wypadku na garaż – i nie mam tu na myśli żadnego tam fancy hipsterskiego przybytku, lecz wykorzystanie na jadłodajnie przestrzeni, które na pierwszy rzut oka – kompletnie się do tego nie nadają. Na drugi też. Boże, nie jedzcie tam…

A jeśli wpadniecie na popularny pomysł udania się na wycieczkę do tzw. Golden Circle – to na pewno zabiorą was „na gejzery”. Od razu obok jest Hotel Geysir – widać, ze stary, szacowny przybytek – założony przez mistrza Islandii w zapasach sprzed lat.

Hotel Geysir

A w nim niespodzianka: stara architektura zapyziałego hoteliku została podpimpowana, restauracja odnowiona – wszystko wygląda jak z Wallpapera. Menu – też: zwłaszcza, ze je się z widokiem na wytryskujący co chwilę gejzer.

geysir hotel 2

Można tu skosztować lokalnych specjalności: sushi (!) i truskawek z okolicy, wieloryba (czerwone mięso trochę smakujące wątróbką, lub jak wolicie – tranem), homarów, renifera, łososia… Wszystko smaczne, pięknie podane i ciekawe – i to tu, od razu obok plującego wielkiego Geysira – pokazano mi nowe oblicze islandzkiej kuchni.