Kozak je belgijskie frytki

… i wcale nie musiała po to lecieć do Brukseli, choć może by i chciała… Po burgerach frytki belgijskie to następna miejska moda kulinarna opanowująca Warszawę.
Wydaje się to całkiem logiczne: skoro modne hamburgerownie w większości podają burgery bez frytek, a my do tego zestawu jesteśmy przyzwyczajeni, to może faktycznie to pomysł na modę” uzupełniającą? Burger&fries to w końcu tak kanoniczne zestawienie jak fis&chips, Ginger i Fred, Butch Cassidy&Sundance Kid czy Bonnie&Clyde. A skąd całe zamieszanie dotyczące nowości tego pomysłu? Parę lat temu był w Krakowie na ulicy Starowiślnej Belg, który w ohydnym wnętrzu uczył nas co to belgijska fryta. Otóż tajemnica tkwi nie tylko w słynnym podwójnym smażeniu, lecz również w tym, że pokrojone na plastry ziemniaki wkładane są do zimnej wody z dodatkiem cukru. Następnie smaży się je przez około 6-7 minut w głębokim oleju w temperaturze 140 st. C – do czasu, aż wypłyną na powierzchnię. Po odsączeniu z tłuszczu daje się im „odpocząć” przez mniej więcej 10 minut. I znów wrzuca na olej, tym razem rozgrzany do 190 st. C, na 2-3 minuty, do pożądanego stanu zarumienienia – w moim przypadku porządnego. To z tej dość skomplikowanej procedury wynika, że nie do końca chce nam się belgijskie smażyć w domu. I że chętnie wyjdziemy po nie parę kroków do miasta. Warszawa frytki przyjęła wraz z Okienkiem na Polnej, które mnie o tyle denerwuje, ze hipsterska obsługa nie odpowiada tam standardom nakładanym na hipsterską gastronomię. Jest powoli, bywa nieuprzejmie, a nie daj boże zapytacie się czy sami robią majonez. No jeszcze tego by brakowało. Przestałam pytać. W końcu z samymi ziemniakami (których raczej nie obierają i nie kroją na miejscu sami, jeśli tak jest zwrócę honor) tyle jest pracy, ze już majonez… Ech. Po tym incydencie zraziłam się do frytek. I ochotę na nie odzyskałam dopiero z nadchodzącą szarugą, okazjonalnymi opadami śniegu oraz napadami tęsknoty za brukselskimi przyjaciółmi. Kozak je belgijskie frytki Co prawda w warszawskich okienkach zgromadzonych koło Chmielnej i Złotej nie kupię pasujących mi do fryt kawałków krwawego mięsa, muli czy nawet butelki piwa, ale wspomaga mnie tu raczej słodkie wspomnienie frytek z przyczepy Niewiadów sprzedawanych koło domów wczasowych, w papierowych tutkach. Kupię za to w moim ulubionym („poszerzonej” wersji okienka, gdzie można wejść, usiąść i zjeść – to Fabryka Frytek) inne belgijskie specjały – gofry. A do fryt w wersji grubej lub cienkiej dobiorę sobie sos: bo taka specyfika belgijskich frytek, ze je się je mieszając w belgijskich wynalazkach o zagranicznych nazwach: brazylijski sos jest więc z pomidorem i ananasem, andaluzyjski to pomidory i musztarda a amerykański to pomidory, kapary i ostre przyprawy… Weźcie majonez. I musztardę. Albo wszystkie naraz i kosztujcie. Nie bądźcie jak bohaterowie Pulp Fiction.

reklama