Kozak je z parą prezydencką

Już nie pytanie „jak jeść bezę” ale „czy podołam widelcom” rodzi się, kiedy człowiek ma zjeść kolację z parą prezydencką. Na szczęście widelce są dwa.
A przede mną żadne tam menu degustacyjne, lecz konkretne porcje przystawki, zupy, danie główne i wielki deser. Po polsku, choć zupełnie inaczej niż na co dzień: coś przypomina Wigilię, coś obiad u babci, lecz wszystko wykwintnie, nowocześnie, pięknie. Ale po kolei. Kolacja odbyła się z okazji wydania z inicjatywy Pani Prezydentowej „najpiękniejszej książki kucharskiej na świecie” zatytułowanej „Wykwintna kuchnia polska” – książki, w której przepisy na wariacje klasycznych polskich przepisów – często molekularne cuda – przygotowali najlepsi polscy szefowie kuchni. Żeby nie było zbyt profesjonalnie, na końcu znalazło się menu ułożone przez Pierwszą Damę a w nim chłodnik, szparagi i domowa szarlotka… Po żelkach, musach i konstrukcjach z czekolady czy kwiatów i liści, ta końcówka zdradza zdrowe podejście do życia i poczucie humoru Prezydentowej, choć żartom o spodziewanych przepisach na dziczyznę nie było końca. Tymczasem, choć to Anna Komorowska wybierała menu na uroczystą kolację z okazji promocji książki, nie było szarlotki: był za to zdobiony złotem mus piernikowo-makowy z wiśniami na czerwonym winie Pawła Małeckiego z Cukierni Sowa z Bydgoszczy. Wcześniej można było skosztować genialnego, finezyjnego, wędzonego pstrąga z marynowaną dynią, galaretką jabłkową i chipsami borowikowymi (na talerzu można było znaleźć też siewki znanych z ogrodu i lasu ziół, mus z buraka i cytrusowy puder z czarnuszką) autorstwa Pawła Oszczyka, czy zupy cebulowej z wędzoną śliwką (a raczej śliwkowej z cebulą, zawiesina była wręcz deserowa) i kurkami – zamkniętymi w „pierożku” z wydrążonej cebulki podbitej nadzieniem z kaszanki i ostrużynami chrzanu. Danie główne wzbudziło lekki popłoch: „Przepiórka?” – przebiegło po sali. Zaproponowane przez Adama Komara pieczone przepiórki z roladą ze szpinaku i fasoli, leniwymi kluskami i duszoną czerwona kapustą pachniały jałowcem, różą i jarzębiną i spokojnie dało się jeść… Kelnerzy uwijali się bezszelestnie a para prezydencka opowiadała anegdoty. Między innymi te obrazujące to, ze kuchnia jest sprawą wyważenia, oraz te, które mówiły o tym, że jest też sprawą polityczną. Prezydent wspominał kolację z prezydentem Ukrainy na którą podano tatara z łososia, który gość przyjął z nieufnością, twierdząc, że „U nas, na Ukrainie tatara robimy po prostu z tatara…” było przytulnie i miło. Przy każdym stole siedział szef kuchni objaśniający smaki, można było podejrzeć też wielki kulinarny tom w którym oprócz samych przepisów są też piękne zdjęcia z Pałacu Prezydenckiego a także archiwalne zdjęcia z prezydenckich przyjęć. No – że obciachowo się pochwalę – ja już też mam takie. (Plotki mówią, ze pomysł na książkę to efekt wpadki: na oficjalnym obiedzie prezydentowi Obamie podano podobno zupę z dyni i szarlotkę…)

reklama