Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój

Kozak o kosmopolitycznym jedzeniu w Budapeszcie


28 września 2012 Ugryzienie Kozak Monika Stachura
Dlaczego warto jeździć do Budapesztu? Pomijając kwestie osobiste – w moim przypadku to świetnie gotująca polsko-węgiersko-czesko-włoska rodzina – dlatego, że ma więcej gwiazdek Michelina niż my. I że kulturę jedzeniową ma jednak po madziarsku rozbuchaną.

Uwielbiam wpadać w Budapeszcie na mojego włoskiego szwagra (z czeskimi korzeniami) i – niegdyś, „z przypadku” recenzenta kulinarnego – rozmawiać o tym, co akurat zmieniło się w węgierskim podejściu do jedzenia. Wyobrażacie to sobie: rozmowa z Włochem o jedzeniu innym niż „nasze”, czyli ich, tradycyjne. A do tego nie żadne tam Barolo, tylko Kekefrankos od Taklera. Wyśmienite połączenie.

Tym razem jednak największą przyjemność sprawiła mi Kinga: po szybkim researchu znalazła idealną kulinarną opcję. Najstarsza stażem węgierska blogerka Chili Vanilia urządzała swój pierwszy publiczny kulinarny event: mieliśmy więc zjeść turecki brunch pod węgierskim słońcem – na wielkim tarasie jednej z restauracji. Swoją tęsknotę za węgierską kuchnią zaspokoiłam już poprzedniego dnia (turo rudi, o którym pisałam, zakupiony dla mnie w hurtowych ilościach przez Kingę, zupa, którą nazwalibyśmy w Polsce gulaszową i druga – wariacja na temat zapamiętanej z dzieciństwa letniej owocowej – to węgierski klasyk na upały – brzoskwiniowa z delikatnymi, twarogowymi kluskami), wiedziałam, że zaspokoję w lotniskowym, świetnie zaopatrzonym sklepie (salami salami salami, mangalica, wino!) lub na miejscu, w Warszawie w Cafe H.U. w Instytucie Węgierskim gdzie kupuję paprykowe przeciery oraz krem z kasztanów ( z bitą śmietaną to najlepszy deser – choć tępy, zapychający, perfumiasty – to i tak go kocham) i w Węgierskich Specjałach w Krakowie (mają wszystkie te kiszone papryki nadziewane kiszoną kapustą etc…) do tego objadłam się włoskich specjałów od Carlo – czemu więc miałam nie pójść w tureckie?

Debiut Chili Vanilii – czyli Zsofii Mautner, niegdyś dyplomatki, która porzuciła tę karierę dla gotowania – wypadł idealnie. Cała noc przygotowywania nie zostawiła śladu na jej twarzy – mogłaby być węgierską Nigellą przed operacjami i dietą. Ciepła i pełna entuzjazmu kręciła się, objaśniając, skąd sery, skąd pasty, co jest na talerzu…

To już nie tylko pity, jogurty, tahiny, bureki, jajecznica z pomidorami i wielkie ilości słodzonej herbaty w małych, tureckich szklaneczkach sprawiały, ze było nam superdobrze.

To słoneczny taras, turecka muzyka wyśpiewana na żywo i przepiękna oprawa graficzna – zadbane przez kulinarną neofitkę, która od tej pory będzie zajmowała się gotowaniem.

Zanim wybierzecie się do Budapesztu – koniecznie zajrzyjcie na jej blog – są angielskojęzyczne wpisy polecające, co zjeść w mieście, na jaki targ pójść i jak ugotować gulasz. A te po węgiersku z najnowszymi wydarzeniami przetłumaczy wam zabawnie google translator. A jest ile mnóstwo. Bo jednakowoż – oni są jednak bardziej zaawansowani jedzeniowo niż my. Należy więc jeździć na lekcje, co z radością i tanimi biletami z Modlina obiecuję czynić.


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI