Kozak próbuje po francusku

Nie znoszę go. Choć staram się co jakiś czas przekonać, że jednak, ze spoko, że może nie jest tak źle, że zaiskrzy i dam się nakłonić… Ale nie – w Paryżu przekonuje mnie głównie jedzenie. I tak, to za nim tęsknię w Polsce.

reklama

Bo dawniej, żeby jeść francuskie i oglądać przy okazji fotografię, jeździłam do Arles (zamiast na snobistyczne i przeze mnie nielubiane Paris Photo). A teraz zarzuciłam nawet to – nie mam już czasu spędzać długich godzin, pijąc różowe wino na rozgrzanych fontannach i krawężnikach, i pozwalać lekceważyć mój francuski w lokalnych piekarniach. Ech. Za to, jak tęsknię za francuskim jedzeniem – to jednak mogę je od biedy skombinować sobie na miejscu.

No bo umówmy się. Czasami taki croissant można. A tym bardziej z migdałami lub kremem cytrynowym. I można je zjeść niekoniecznie w Paryżu, lecz również w Warszawie na szlaku Nowy Świat – Krakowskie Przedmieście, gdzie usadowiły się francuskie w stylu piekarnie (Petit Appetit, Café Vincent i Café Baguette) – choć nigdy nie wiem,  czy w którejś z nich – tak jak się to robi na całym świecie – maślane rożki nie są akurat odpieczone ze (znakomitych skądinąd heh) mrożonek rumuńskich. Więc ja akurat najchętniej wchodzę w beszamelowe aksamitności i wynalazki w wersjach damskiej i męskiej – czyli superpożywne croques: Madame i Monsieur. Uwielbiam je zarówno w wersji ze znienawidzonej Charlotte (paradoksalnie jem tam, jak jeżdżę do Krakowa, uwielbiam dać się zaopiekować Maćkowi Lercelowi i posiedzieć w przepięknej piwnicy z zupełnie niekrakowskimi świetlikami), jak i ukochanego przeze mnie Zazie.

Nad krakowskim Zazie ślinię się przy każdej możliwej okazji. Ale fakt. Tam jest mi zawsze najlepiej. Uważam, że ich brioche z crème anglaise i leśnymi owocami to najlepszy deser świata (może oprócz torta caprese al limone mojej Matki) i z utęsknieniem czekam, aż skosztuję wyściółki żołądka, na którą przepisy wyszukuje właśnie mąż prowadzącej Zazie, Oli Skuzy – Kaszuby, polonistki z wielką miłością do Derridy i Barthesa oraz foie gras. Ceny tam fantastyczne, wszystko pojawia się szybko, porcje jak z księżyca (zawsze za złe im mam te porcje: przecież jest głód na świecie, a tam nikt nigdy chyba nie dokończył dania głównego, nie wspominając nawet o tych, co w naiwności swej zamówili przystawkę… na szczęście na deser jest w żołądku osobna kieszonka, jak mówi Tymek Piotrowski, autor świetnych – również kulinarnych – murali), a dostaniecie tam i cebulową, i vol-au-vent, i casserole, i zapiekanki, i tarty, i bagietki, i foie gras,  i crème brûlée. To jedyna restauracja z obszerną kartą (i jeszcze do tego czarną tablicą!), której ufam.

Ostatnio zaufałam jeszcze innej – choć francuska jest ona bardziej przez nazwę i formułę niż bezpośrednie przełożenie dań. Brasserie Warszawska, bo o niej mowa, ma być braserią, czyli – pierwotnie – miejscem do picia piwa. Aktualnie francuskie brasserie to miejsca, którym można zaufać, jeśli chodzi o menu. I taka jest też warszawska. Choć ceny ma o wiele wyższe niż swoje francuskie odpowiedniki, to jednocześnie poziom trzyma wysoki, a i wystrój ma naprawdę elegancki. W tym, wypadku – że użyję francuskiego przysłowia – noblesse oblige: przede wszystkim mam na myśli sąsiedztwo Sejmu, ale również osobę Daniela Pawełka z Butchery & Wine, który za Warszawską stoi. I twierdzi, że podawane tu jedzenie to przede wszystkim prostota dobrych składników i trzy – cztery smaki na talerzu. I tak jest. Kosztowałam fantastycznych smażonych ostryg, genialnego pasztetu, boskiej kaczki i świetnego eaton mess. Kucharz – Mariusz – nosi moje nazwisko, może więc stąd taka zgodność smaków. Do Warszawskiej wybiorę się na pewno (jak zwalczę biznesmenofobię, bo jest tam zdecydowanie krawatowo, ale czas przełamać ten schemat, wpadnę w dresie) na któryś z boskich lunchy: kaczka confit jest we środę a w piątek fish&chips… (i jedno i drugie za 35 zł).

Nadal szukam miejsca na makaroniki… Może ktoś coś podpowie? Żeby po francusku i w Polsce smakowało, jak powinno…

(PS: Wieści z ostatniej chwili – w Vincencie coś się poprawiło. Po miesiącach overpriced zdechłych sałatek i zamrożonych makaroników oraz przesuszonych lub przemoczonych kanapek nareszcie porządek: pieczywo poukładane, są etykietki z cenami, nowe desery i wszystko wygląda porządniej. Można chyba przestać bojkotować!)

(PS 2: najlepsze francuskie jedzenie na ziemi jadłam w …  Sopocie. W Cyrano i Roxanne)

(PS 3: no i bożole ,na które niedługo czas najlepiej jednak w krakowskich Kolorach…)