Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój

Kozak próbuje po francusku


10 października 2012 Ugryzienie Kozak Monika Stachura
Nie znoszę go. Choć staram się co jakiś czas przekonać, że jednak, ze spoko, że może nie jest tak źle, że zaiskrzy i dam się nakłonić... Ale nie – w Paryżu przekonuje mnie głównie jedzenie. I tak, to za nim tęsknię w Polsce.

Bo dawniej, żeby jeść francuskie i oglądać przy okazji fotografię, jeździłam do Arles (zamiast na snobistyczne i przeze mnie nielubiane Paris Photo). A teraz zarzuciłam nawet to – nie mam już czasu spędzać długich godzin, pijąc różowe wino na rozgrzanych fontannach i krawężnikach, i pozwalać lekceważyć mój francuski w lokalnych piekarniach. Ech. Za to, jak tęsknię za francuskim jedzeniem – to jednak mogę je od biedy skombinować sobie na miejscu.

No bo umówmy się. Czasami taki croissant można. A tym bardziej z migdałami lub kremem cytrynowym. I można je zjeść niekoniecznie w Paryżu, lecz również w Warszawie na szlaku Nowy Świat – Krakowskie Przedmieście, gdzie usadowiły się francuskie w stylu piekarnie (Petit Appetit, Café Vincent i Café Baguette) – choć nigdy nie wiem,  czy w którejś z nich – tak jak się to robi na całym świecie – maślane rożki nie są akurat odpieczone ze (znakomitych skądinąd heh) mrożonek rumuńskich. Więc ja akurat najchętniej wchodzę w beszamelowe aksamitności i wynalazki w wersjach damskiej i męskiej – czyli superpożywne croques: Madame i Monsieur. Uwielbiam je zarówno w wersji ze znienawidzonej Charlotte (paradoksalnie jem tam, jak jeżdżę do Krakowa, uwielbiam dać się zaopiekować Maćkowi Lercelowi i posiedzieć w przepięknej piwnicy z zupełnie niekrakowskimi świetlikami), jak i ukochanego przeze mnie Zazie.

Nad krakowskim Zazie ślinię się przy każdej możliwej okazji. Ale fakt. Tam jest mi zawsze najlepiej. Uważam, że ich brioche z crème anglaise i leśnymi owocami to najlepszy deser świata (może oprócz torta caprese al limone mojej Matki) i z utęsknieniem czekam, aż skosztuję wyściółki żołądka, na którą przepisy wyszukuje właśnie mąż prowadzącej Zazie, Oli Skuzy – Kaszuby, polonistki z wielką miłością do Derridy i Barthesa oraz foie gras. Ceny tam fantastyczne, wszystko pojawia się szybko, porcje jak z księżyca (zawsze za złe im mam te porcje: przecież jest głód na świecie, a tam nikt nigdy chyba nie dokończył dania głównego, nie wspominając nawet o tych, co w naiwności swej zamówili przystawkę… na szczęście na deser jest w żołądku osobna kieszonka, jak mówi Tymek Piotrowski, autor świetnych – również kulinarnych – murali), a dostaniecie tam i cebulową, i vol-au-vent, i casserole, i zapiekanki, i tarty, i bagietki, i foie gras,  i crème brûlée. To jedyna restauracja z obszerną kartą (i jeszcze do tego czarną tablicą!), której ufam.

Ostatnio zaufałam jeszcze innej – choć francuska jest ona bardziej przez nazwę i formułę niż bezpośrednie przełożenie dań. Brasserie Warszawska, bo o niej mowa, ma być braserią, czyli – pierwotnie – miejscem do picia piwa. Aktualnie francuskie brasserie to miejsca, którym można zaufać, jeśli chodzi o menu. I taka jest też warszawska. Choć ceny ma o wiele wyższe niż swoje francuskie odpowiedniki, to jednocześnie poziom trzyma wysoki, a i wystrój ma naprawdę elegancki. W tym, wypadku – że użyję francuskiego przysłowia – noblesse oblige: przede wszystkim mam na myśli sąsiedztwo Sejmu, ale również osobę Daniela Pawełka z Butchery & Wine, który za Warszawską stoi. I twierdzi, że podawane tu jedzenie to przede wszystkim prostota dobrych składników i trzy – cztery smaki na talerzu. I tak jest. Kosztowałam fantastycznych smażonych ostryg, genialnego pasztetu, boskiej kaczki i świetnego eaton mess. Kucharz – Mariusz – nosi moje nazwisko, może więc stąd taka zgodność smaków. Do Warszawskiej wybiorę się na pewno (jak zwalczę biznesmenofobię, bo jest tam zdecydowanie krawatowo, ale czas przełamać ten schemat, wpadnę w dresie) na któryś z boskich lunchy: kaczka confit jest we środę a w piątek fish&chips… (i jedno i drugie za 35 zł).

Nadal szukam miejsca na makaroniki… Może ktoś coś podpowie? Żeby po francusku i w Polsce smakowało, jak powinno…

(PS: Wieści z ostatniej chwili – w Vincencie coś się poprawiło. Po miesiącach overpriced zdechłych sałatek i zamrożonych makaroników oraz przesuszonych lub przemoczonych kanapek nareszcie porządek: pieczywo poukładane, są etykietki z cenami, nowe desery i wszystko wygląda porządniej. Można chyba przestać bojkotować!)

(PS 2: najlepsze francuskie jedzenie na ziemi jadłam w …  Sopocie. W Cyrano i Roxanne)

(PS 3: no i bożole ,na które niedługo czas najlepiej jednak w krakowskich Kolorach…)


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI