Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój

Kozak recenzuje filmy o jedzeniu na PLANETE + DOC Festiwal


Jesteśmy tym, co jemy – mówi w pierwszych minutach filmu o sobie założyciel ruchu Slow Food Carlo Petrini. Filmy pokazywane w sekcji „Jedz lokalnie, myśl globalnie” PLANETE+ DOC FILM FESTIVAL udowadniają, ze takie stwierdzenie może mieć o wiele więcej kontekstów, niż mogą spodziewać się nawet najbardziej postępowi krytycy kulinarni.

W – najbardziej dla mnie wstrząsającym filmie przeglądu – „Rawer” (polski tytuł „Na surowo”) o chłopcu, który jest wychowywany na diecie witariańskiej, matka podejmuje walkę sądową o to, by jej syn mógł wychowywać się zgodnie z wyznawaną przez nią filozofią życiową i systemem wartości. Podstawą jej braku zaufania do ogólnego „systemu” jest tu fanatycznie wręcz traktowana dieta, za którą idą inne decyzje – jak np. ta o zabraniu chłopaka ze szkoły i o domowej edukacji. To, żeby chłopiec nie zjadł gotowanej ryby (mogą zawierać rtęć, a to z kolei może prowadzić do uszkodzeń mózgu) jest dla niej ważniejsze niż ewentualna decyzja sądu o odebraniu jej praw rodzicielskich, popierana niedożywieniem syna i faktem, że nastolatek żywiony bez białka nie rośnie. Oglądamy tu walkę dwóch nadopiekuńczych systemów: z zachwytem pewnie obserwując sposób funkcjonowania choćby holenderskiego sądu czy szkoły – są to standardy, do których nie dojdziemy pewnie przez ileś lat. Pytania jednak zadawane przez szaloną na pierwszy rzut oka matkę nie są jednak pozbawione sensu, nawet jeśli często dotyczą pozornie sensu podawania białka czy jego zawartości w konkretnych nasionach. Czy jest to jednak portret witarianizmu? Jeśli w ogóle – to niepełny i pewnie krzywdzący: zestawiona ze „zdrowymi”, rozsądnymi Holenderkami – lekarkami i opiekunkami-  wysuszona, pomarszczona, powolna i zacięta matka która w ramach posiłków serwuje liście w liściach i brunatne mazie nie przypomina ogółu dbających o zbalansowaną dietę wyznawców raw foodu, których spotykałam na swojej drodze. Zaglądając w talerze naszych bohaterów nie znajdziemy tam choćby bogactwa bulw, orzechów czy tofu: wszystkich tych produktów, które sprawiają, że witarianizm – bazujący na nieprzetworzonych, niepodgrzewanych produktach pochodzenia roślinnego – staje się ciekawą alternatywą dla tradycyjnego sposobu odżywiania i fascynującą modą, która pozwoliła powstać kilkuset restauracjom serwującym warzywne tagliatelle w Nowym Jorku czy Vancouver.  

 

Zestawienie z tym filmem „Małże i miłość czyli „Mussels in love” (oryginalny tytuł „L’amour des moules” lepiej przygotowuje nas na to, co zobaczymy na ekranie) może wyglądać makabrycznie: pięknie nakręcone sceny gotowania muli są w końcu pokazywaniem obumierania, w wręcz zabijania tych stworzeń. Konsekwentnie jednak oglądamy też i całe koło życia: zaglądamy do laboratoriów, gdzie stymuluje się muszelkową miłość tak, by powstało jak najwięcej zarodków, które potem będzie można powierzyć morzu. Podglądamy jak się je odławia i co dzieje się z nimi później – poprzez ocenę jakościową i giełdę rybną, po fabrykę, gdzie się je przerzuca, selekcjonuje, oczyszcza, odmierza… W tle życia muszli rozgrywają się ludzkie, emocjonujące sprawy: bitwa o to, czy lepsze są belgijskie, czy holenderskie mule, walka o naturalne połowy, opowieści „farmerów” „uprawiających” małże, i osób zajmujących się ich zwyczajami seksualnymi, pokazy gwiazdkowych szefów kuchni pokazujących jakie cuda można z nimi zrobić i kłótnie poławiaczy o to, czy najlepsze z pomidorami czy bez… To, co po tym filmie pozostaje, to jednak nie bogate konteksty – ekonomiczne czy kulturowe – hodowli muszli, lecz głownie przepiękne zdjęcia „seksu” małży: chmur rozpylających się płynów, miękkości przedziwnych powłok. I opowieść o tym, ze małżowy „klej” być może wykorzystany w medycynie: w sklejaniu powłok macicy.

 

To co ciekawe, film o owocach, również zaczyna się od kontekstu erotycznego – co nie dziwi, owoce od zawsze naznaczone były opowieścią o grzechu, seksualności i rajskim jabłku (choć nie ma powszechnej zgody, że to właśnie jabłko było) – od niezwykłego wymiaru efektów zapylenia, ich wielkiej zmysłowości, rozbuchania barw, faktur aż wreszcie przyjemności, którą dają, również wielką różnorodnością smaku. „Fruit Hunters” – „Łowcy owoców” są opowieścią o wiecznie niezaspokojonych. O tych, którym nie wystarcza parę gatunków owoców prezentowanych w identycznych kopiach w supermarketach. O tych, którzy z owocami związali całe swoje życie, lub za pomocą owoców nadali mu sens. Jest w tej grupie i „owocowa detektywka”, która szuka we włoskich krzakach i klasztornych ogrodach wymierających odmian owoców na podstawie albumów z renesansowym malarstwem. Jest para naukowców śledząca po całym świecie ginące gatunki i szczepiąca je w rezerwacie owocowym. Jest biolog szukający alternatywy dla panującej na całym świecie monokultury jednego gatunku banana. Są lokalni znawcy i producenci rzadkich odmian. I jest w końcu Bill Pullman – znany aktor – który ma istną obsesję na punkcie sadów. Swoją posiadłość w Hollywood zamienił w dziki teren obsadzony egzotycznymi drzewami i krzewami owocowymi. Co więcej – zaraził entuzjazmem do sadów i dzikich drzew owocowych lokalną społeczność. To ten przypadek: tego, jak jedzenie jednoczy ludzi we wspólnym działaniu na rzecz swojego miejsca na ziemi wydaje się najpiękniejszy.

 

I znajduje naturalną kontynuację portrecie Carlo Petriniego: „Slow Food Story” – „Historia ruchu Slow Food”  to opowieść o włoskiej – rozprzestrzenianej na cały świat – odmianie takiego myślenia. Przez solennie – może wręcz zbyt solennie – zrobiony film o założycielu Slow Food przewijają się dziesiątki osób opwiadających o historycznym kontekście powstania ruchu i organizacji: najpierw komunistyczne młodzieżówki, nakładające się na to hipisowskie historie oraz zabawa, kabarety aż w końcu jedzenie i picie… Historia Slow Foodu pokazana w filmie to zagmatwana plątanina politycznych zawiłości, wieloletnich przyjaźni, lokalnego stylu życia i ciągłego pędu do działania oraz dużej dozy błazenady. Funduję slowfoodową kolację temu, kto po obejrzeniu filmu będzie mi w stanie wyjaśnić np. źródła finansowania organizacji. Oraz sposób w jaki ona właściwie działa – pomijamy „nie wiedzieliśmy jak to zrobić, więc postanowiliśmy to zrobić…”. To zupełnie inne spojrzenie na jeden z najważniejszych aktualnie ruchów, który ma wpływ na to jak jemy, co jemy i jak będzie wyglądać nasza przyszłość i kolejny kontekst do tego, czego uniknąć nie możemy. Bo – jak napisał B.W. Highman w „Historii jedzenia” „Człowiek może przejść przez życie nie angażując się w działania polityczne ani nie ciesząc się osobista wolnością, i obejdzie się bez zakładania rodziny czy uprawiania seksu, ale nie przeżyje bez jedzenia. Ta absolutna konieczność biologiczna czyni jedzenie tak ważnym dla historii kulturowej, a zarazem jednoczy wszystkich ludzi wszystkich czasów”.  Co pokazują pokazywane na PLANETE+ DOC FILM FESTIVAL filmy wszystkie te konteksty – – wolność, seksualność, działania polityczne – jedzenie może jednak znacząco animować.

(Tekst powstał na zamówienie magazynu Exklusiv i w nim był pierwotnie publikowany.)

 


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI