Kozak tęskni za indykiem na Święto Dziękczynienia

Kiedy zamieszczam tego posta, brzuszki moich znajomych w USA właśnie w wytężeniu trawią kolację na Święto Dziękczynienia, a ja chciałabym być na ich miejscu.
Kiedy parę lat temu pojechałam na stypendium na Uniwersytet Nowojorski, zamiast doktoratem zajęłam się… jedzeniem. Wszystkie doświadczenia, które wtedy zdobyłam, dały mi więcej niż papierek z dr przed nazwiskiem: kuchnie świata w kolejnych Little Italy, Little Ukraine, China czy Koretown, hipsterskie garkuchnie, eleganckie restauracje, modne nowinki i egzotyczne składniki – wszystko to nauczyło mnie więcej o smaku niż pewnie niejednego podróż dookoła świata. Jednak jedno z doświadczeń, za którym najbardziej tęsknię, są kolejne kolacje dziękczynne – zazwyczaj przygotowywane przez ludzi niemających z Ameryką za dużo wspólnego. To trochę tak jak z typową nowojorską pizzą – kojarzącą się oczywiście raczej z Włochami, choć nic bardziej błędnego – „za moich czasów” najfajniejsze robili Meksykanie… A najlepsze kolacje dziękczynne zjadłam u szalonych Hiszpanów i w kultowej, otwartej całą dobę(i od pięćdziesięciu lat) ukraińskiej restauracji Veselka, już nad ranem. Kiedy teraz patrzę na mój facebook – jest pełen zdjęć stołów i jedzenia na nich. Zazwyczaj przygotowanego dość ortodoksyjnie (choć z rodzimymi twistami lub w towarzystwie ukochanego specjału), mimo że przez kuchcików kompletnie nieprzypominających WASPów: moje znajome multikulti squady dziękczynne to również raczej urban families, grupy przyjaciół niż tradycyjne rodziny. No więc nie ma u nich mowy o takich awanturach jak w moim ukochanym filmie „Wakacje w domu”, w którym Holly Hunter, której właśnie wali się życie jedzie na Thanksgiving do matecznika na prowincji (możecie CAŁY obejrzeć na Youtube) [yframe url=’http://www.youtube.com/watch?v=Qt9Cwglx6q4′] W filmie, tak jak i w życiu, jedna z najważniejszych ról odgrywa oczywiście indyk (ten, co się za późno rozmroził, ten, co nie wszedł do piekarnika i ten „nasz”, a nie „ich”) z upchanym w brzuszku idealnym stuffing, czyli nadziewką, na którą każda rodzina ma swój własny patent. Do tego sos żurawinowy, brukselka, pieczone słodkie ziemniaki i dynie oraz pecanowy, jabłkowy lub dyniowy placek. Pamiętam też, jak z Mateuszem patrzymy na siebie z paniką, bo kazano nam przynieść „corn bread” na składkową kolację, a nie mieliśmy pojęcia, ani jak go zrobić, ani gdzie kupić. Generalnie słodkawo, jesiennie, korzennie, przyjemnie. Z tęsknoty za tymi smakami podglądam więc stronę Veselki – co mają w opcji dziękczynnej? (zdjęcia Krzysztof Poluchowicz)

reklama