Kraków po węgiersku

Spodziewałam się pierników, maku, no może ewentualnie pasztetu.. Los rzucił mnie w odmęty węgierskich wspomnień z dzieciństwa.
Na początek odezwa: jeśli jesteście w tym momencie w Krakowie, koniecznie udajcie się na świąteczny jarmark na Rynek. Olejcie wszystkie budy z trującym bigosem i oszukanym grzańcem – szukajcie tej, nad którą powiewa węgierska flaga. I – nie ogladając sie na to, jak guilty będzie to pleasure – zjedzcie ociekającego tłuszczem langosa, polanego śmietaną i posypanego serem żółtym. A jeśli tego wam mało – poproście o dodatek startego czosnku. Będziecie szczęśliwi.

reklama

Ale po kolei. Moje dzieciństwo upływało pod znakiem kulinarnych stosunków polsko-węgierskich. Mieszkająca w Budapeszcie część rodziny zjeżdżała do naszego domu niosąc NOWE: ukochaną wersję makowca bez maku, za to z orzechami włoskimi, ta sama masą wypełnione palacsinta, czyli naleśniki, rozkoszne galuszki czy znienawidzone przeze mnie pożywne zupy: gulaszową i rybną.

O Halaszle – Zupie Rybaka – poczytacie sobie gdzie indziej: ja nie jestem niestety na tyle wyrafinowana, by dostrzec jej wszystkie aromatyczne atuty. A może? Smak w końcu zmienia się z wiekiem… Przekonałam sie o tym dwa dni temu, kiedy na wezwanie „na taka pogode tylko zupa rybna” odpowiedziałam bardziej niż entuzjastycznie.

Poszliśmy do Delibaru na Meiselsa. Pamiętałam bowiem, że (choc mnie nigdy tam jakoś nie ciągnęło) to jedyna węgierska restauracja, którą w Polsce (!) polecał Nakarmionej Basi Stareckiej Krzysztof Varga. I tam – ku własnemu zdumieniu zauważyłam, że chyba starzeje się również kulinarnie, a może raczej kulinarnie dojrzewam. Jedyne, co przyciągnęło mój wzrok w karcie (tak wiem, zimno było i siąpiło coś z nieba) to zupy: GULASZOWA (Gulyás leves) i RYBNA (Korhely halászlé) – ale nie ta klasyczna, lecz ta z dodatkiem musztardy. Obie – podawane w kociołkach – sprawiły, że wyświetlił mi sie przed oczami film z całego życia, prawie się popłakałam, a po chwili poczułam, że krew szybciej buzuje mi w żyłach, ale jednocześnie, że wszystko będzie dobrze. Comfort food na całego. Do tego rybna z musztardą to jakiś absolutny odlot smakowy…

Żeby tego było mało wieczorem natrafiłam na pomysłodawcę KAN – Klubu Animowanej Niedzieli – który wychowywał się na Węgrzech i własnie obchodził w Miejscu urodziny. Zatopiłam się wiec we wspomnieniach o Turo Rudi – moim ukochanym wegierskim deserku, który w Polsce probował przez chwilę produkowac Danone.

Turo Rudi to batonik z twarogu oblewany czekoladą… Brzmi obrzydliwie? Trochę obrzydliwie również smakuje, ale wiecie jak to jest z comfort food i guilty pleasures… Ja uwielbiam. A Węgrzy uwielbiają go od 1968 roku!

Wśród prezentów urodzinowych znalazł się Kurtoskalacs – węgierski odpowiednik naszego sękacza.

Skąd? Okazało się, że na Rynku, na świątecznym jarmarku okopały swoje stanowisko dwie panie z Węgier. Wyposażone w maminy urok, spaloną trwałą, totalny brak pośpiechu i podstawową znajomość języka polskiego wytwarzają na bieżąco smak wspomnień. I już nie mówię tu o ciastach, których skomplikowany sposób wytwarzania przyprawiłby sanepid o zawał ( drewniane wrzecionowane matryce zanim zostanie na nie nawinięte ciasto muszą zostać przemyte gąbka nasączoną stopionym masłem…) lecz o langosach.

Podejrzewam, że pół kolejki, która ustawiła się ze mną po ten koszmarny przysmak miało to samo wspomnienie w głowie: jest gorąco, leżycie na wysuszonej trawie nad Balatonem, i to, co najbardziej wam przeszkadza to zapach rozgrzanego oleju, na ktorym smażą się tłusciutkie placki, polewane do tego czosnkową miksturą, posypywane serem i smarowane śmietaną. Taka własnie magdalenka zaatakowała mnie na krakowskim Rynku i już nie mogłam nic poradzić: z dziką radością podzieliłam się wspomnieniem i najtłustszym z placków, z monstrualną warstwą śmietany i sera żółtego ze znaną kuratorką, specjalistką od jedzenia, która z gracją lawirując miedzy warstwami zatłuszczonego pergaminu westchnęła: „Czemu najbardziej niezdrowe jedzenie musi być takie pyszne…”.

Na czas świąteczny ( czy to BN, czy Chanuka) – jak najwięcej dobrego towarzystwa do comfort food i guilty pleasures oraz zastanawiania się nad tym, czemu to, co niezdrowe jest takie pyszne Wam życzę.

(Dziękuję Karolowi, Bartkowi i Przemkowi za inspirację, a moją węgiersko-polsko-czesko-włoską rodzinę proszę o wyrozumiałość jeśli chodzi o pisownię! Czekam na poprawki! Puszi! Köszönom szépen!)