Kto kręci najlepsze lody w Polsce?

Ten tekst powinien powstać na Wielką Majówkę, ale jeszcze nie było warunków: choć dla mnie sezon lodowy jest cały rok, dopiero teraz mogłabym się żywić wyłącznie zmarzliną. Balsam dla żołądka, pocieszenie dla duszy, lekarstwo na kaca, akcesorium erotyczne – LODY. Gdzie dają najlepsze w Polsce?
Wpadam po mojego – również jedzącego i to w sposób wirtuozerski – brata. Ewidentnie ma kaca. Plan jest więc prosty: by mu pomóc, zastosujemy niezawodne kulinarne kacowe odtrucie (oczywiście jedno z wielu): kebab na pobudzenie i lody na złagodzenie żołądka. W pobliżu jest niezawodny Efez, a trochę dalej mityczna Malinowa. Rozpoczynamy więc leczenie, a brat opowiada, jak usłyszał od miejscowej gawiedzi „Zaczyna się weekend majowy: trzeba jechać na Krakowskie Przedmieście jeść lody i kebaby”. My zostajemy jednak na Mokotowie. Podczas spaceru blady brat, dzielnie unikając promieni słonecznych i walcząc ze słabością, opowiada mi o lodach w Puszczykowie pod Poznaniem – podobno „najgenialniejszych” – które okazały się być nie lokalnym produktem, lecz franczyzą. Narzekamy, narzekamy i stajemy w kolejce. Za ladą piętrzą się kolorowe fałdy lodów w typie włoskich gelato. Wyglądają aksamitnie – zbyt aksamitnie. Kocham lody, ale gelato zawsze są dla mnie – mimo, ze wychowanej pożądaniu do zakazanych lodów z automatów – podejrzane. O wiele bardziej cenię polskie wynalazki: lokalne, solenne, opracowywane przez miejscowych cukierników i za każdym razem inne. Włoskie gładkie kremy – choć jadałam je choćby w lodziarni obwołanej najlepszą na Świecie, w toskańskim San Gimignano, gdzie robią je choćby z miejscowego wina, Vernacci – nie mają już tego, co w kuchni lubię najbardziej: nieprzewidywalności. Od kiedy zobaczyłam w Malinowej zgrabnie wbitą w kremową kaskadę plakietkę ze znajomą grafiką i nazwą „cookies” zaczęłam rozumieć. Podobną widziałam już wbitą w paru miejscach w Polsce… Znów więc – pisze to wszystko ostrożnie, żeby uniknąć procesów – mamy do czynienia nie z produktem robionym przez pana w czepku z falbanką na zapleczu cukierni lecz z czymś co już… hm, jedliśmy. Mam parę sposobów, żeby przetestować, czy lodziarnia jest dobra: spróbować śmietankowego i waniliowego, bo to PODSTAWA wszystkich innych. Jeśli lubimy – skosztować czekoladowych, żeby zobaczyć jak hojni są w dodatkach: czujemy smak czekolady czy kakao w proszku (nazwijcie je kakaowe, Polacy uwielbiają lody kakaowe!!!). Jeśli jest, sprawdźmy sorbet z mango (z proszku?) i cytrynowy. Jeśli nie – truskawkowe. Zaryzykowałam blade – naturalnie wyglądające truskawkowe. Jak pewnie wiadomo truskawka, nie jest w naszym kraju owocem egzotycznym, można go dostać w formie zamrożonej cały rok. Ba! Świeże polskie truskawki są o wiele lepsze niż w mitycznej Kalifornii. A mimo to na moim wafelku spoczywał perfumiasty potwór o dziwnej konsystencji raczej niewynikającej ze zmrożenia śmietanki czy jogurtu. I nie pomogły czarne kropeczki w waniliowych i całkiem ciekawy, ale równie podejrzany smak „MARYLIM” (sic! Marylimonroe?) czyli kogel mogel z cytryną. Brat w tym czasie zmagał się ze swoimi owocowymi. Zobaczyłam na jego twarzy rzewne obrzydzenie. Szalenie delikatnym będąc na kacu wyszeptał tylko „Nie to, co na Starowiślnej”. Fenomen lodów na Starowiślnej 83 zna każdy Krakowianin: długa kolejka po zimne słodycze ciągnąca się przez pół ulicy prowadzi do miniaturowego lokaliku z szyldem „Pracownia Cukiernicza Stanisław Sarga”. W środku walcowate pojemniki wpuszczone w chłodnię, z których hoże panie w czepeczkach i białych fartuchach wybierają łyżkami do lodów – za każdym razem wydając odpowiedni „klik” i maczając łychę w pojemniku z wodą – kolorowe masy. Tu nie ma żadnej ściemy: żadnej aksamitnej gładkości, żadnego kolorku nie teges. Lody mają wręcz serwatkowy posmak, co dla mnie świadczy o ich autentyczności, rozwarstwiają się, ale pozostają kremowe. Poziomkowe nie prezentują majtkowego różu, tylko bladość, a jagodowe nie są smurfowe. W końcu kakaowe to nie czekoladowe. Uff. Wielkie gałki bakaliowych to jak paczka pod choinkę od rodziców z zakładów pracy w PRL-u – wielkie kawały zwykłej czekolady, rodzynki, orzeszki. Takie trochę jest to miejsce: prywatna inicjatywa, własna receptura, pracownicy bez przylepionego sztucznego uśmiechu. Lody, za które można dać się pokroić, choć znam takich, który mówią, ze przereklamowane. Wracając jednak na Mokotów: patrząc smętnie w swoje rożki podreptaliśmy z powrotem. Na szczęście Minta podpowiedziała mi, że na Różanej otworzyło się Limoni. Po krótkiej wymianie zdań wyrzuciliśmy malinowe do kosza i stanęliśmy przed ladą jak para brzdąców. Koperkowe? Buraczane? Owsiane? Imbirowe? Pomidorowe? Ryż z mlekiem? Limoni daje radę. Co prawda pan obsługujący na Różanej jest nieco nieśmiały i chyba nie do końca włada językiem polskim, ma tez problemy z rozpoznaniem. które lody są które. Ale jednak. Marchewka cudowna. Bazylia z cytryną aż się prosi o kombinowanie bardziej wytrawne – np. wrzucenie do zupy pomidorowej. Pistacja zachowała smak prażenia. Rożek był ewidentnie zakręcany ręcznie. Można było dalej brnąc w wiosnę i lato.

reklama

To co z tymi lodami? Komu można ufa, komu nie? Gdzie są najlepsze lody w Polsce? Na moim fb rozgorzała bitwa, druga toczyła się jednocześnie u Dominiki po jej dramatycznym wyznaniu, ze nie lubi tych ze Starowiślnej. Okazuje się, że lodowa mapa Polski to nie duże ośrodki. Niepołomice, Sokółka, Szczawnica, Zwierzyniec i Nowy Sącz walczą tu z lodami na wagę w Nowym Targu. Którymi – bo wokoło rynku zgromadziło się parę – trudno powiedzieć. Czy ktoś mnie naprowadzi?