Lubimy ogrody. Lubimy gotować. Lubimy sztukę.

Możemy to zrobić. Dlaczego nie?

reklama

Jest wczesne rano, podjeżdżam pod budynek Laboratorium CSW rowerem i wpadam w inną rzeczywistość. Wanna wypełniona ziemią i roślinami, zielone papryki na krzakach, pomidory dojrzewające na środku trawnika, botwina, nagietki, rukola. Tu coś kwitnie, tu kiełkuje, tu lekko przysycha. Mam ochotę położyć się na trawie i po prostu zasnąć w błogostanie, ale już samo bycie tam powoduje, że buzuje mi serotonina a z pleców schodzi cztery kilo stresu. Dochodzi to tego niezwykła radość: to w środku miasta tak się jednak da!

Szybki przegląd obrazów w głowie: warzywa i zioła hodowane w uciętych w połowie, wypełnionych ziemią i zawieszonych w małych oknach na Kreuzbergu butelkach. Wielkie krzaki pomidorów, które w skrzynce na oknie hoduje w Krakowie Przemek. Niezwykły pionowy ogród widziany w Wiedniu, rosnący na ścianie budynku. Przepiękne projekty ogrodów – również pionowych – na biurowcach, które oglądałam w amerykańskim pawilonie na Biennale Architektury w Wenecji dwa lata temu: wręcz takie szkieletowe parkingi dla wielopoziomowych ogrodów w mieście. To nie utopijna wizja, to konieczność – głosiły towarzyszące symulacjom informacje: jeśli tego nie zrobimy to za 50 lat nie będzie co jeść. A przy okazji, adaptując przestrzeń miejską w teren zielony, możemy np. obniżyć o parę stopni panujący tam upał – udało się już Stuttgartowi.

Ale podstawowy obraz to dzieciństwo w wielkim ogrodzie babci, które sprawia, że dobrze wiem jak dbać o drzewa, pikować, kosić czy plewić (fuuuuu!). Moje zielone wspomnienia przerywa przybycie Juliette Delventhal – szefowej kuchni przebywającej (już drugi raz!) razem z mężem, artystą Pawłem Krukiem, na rezydencji w Laboratorium CSW. Jej obecność idealnie wpisuje się program Zielonego Jazdowa, który aktualnie opanował całą przestrzeń Centrum Sztuki Współczesnej i przypomina Warszawiakom, że w środku miasta mają niesamowitą zieloną przestrzeń: pośrodku parku powstał pawilon, zaprojektowany specjalnie na potrzeby projektu przez Rirkrita Tiravaniję, wybitnego artystę tajskiego pochodzenia, zajmującego się sztuką relacji międzyludzkich. W środku znajduję się funkcjonujący codziennie bar. Przed nim zorganizowano przestrzeń tak, by służyła odpoczynkowi i relaksowi – rozstawiono leżaki, rozwieszono hamaki i kokony zrobione ze starych banerów reklamowych. To tu będą odbywały się warsztaty gotowania dla dużych i małych, organizowane przez Slow Food.

Ale wracając do Juliette: ona i Paweł tworzą w Warszawie program o uroczej nazwie „We like gardens. We like to cook. We like art. We can do this. Why not? / Lubimy ogrody. Lubimy gotować. Lubimy sztukę. Możemy to zrobić. Dlaczego nie?”, w którym główną rolę odgrywa ów permakulturowy ogród, który właśnie podziwiałam. O tym, co jeszcze będzie się działo, opowiadają sami:

[yframe url=’http://www.youtube.com/watch?v=ieKG8LnurRc&feature=player_embedded’]

Prześliczna Juliette (imię jest francuskie, po gotujących przodkach, którzy potrafili przemycać do słonecznej Kalifornii z ojczyzny śmierdzące sery – prawie jak w w „Dwóch dniach w Nowym Jorku” Julie Delpy) ma za sobą ciekawą ścieżkę. Jak sama mówi, dość późno zorientowała się, ze chce gotować. Kiedy już poszła za głosem serca, trafiała do przedziwnych miejsc: jak np. szkoły jogi, gdzie gotowaniu towarzyszyło dużo zabawy i rozmów.

Podczas rozmowy oglądamy każdy krzaczek i roślinkę, zbieramy też estragon – po raz pierwszy w życiu będę piła z niego herbatkę. Kuchnia w Laboratorium CSW pachnie naleśnikami, które Paweł – bo to on odpowiedzialny jest za śniadania – przygotował dla Juliette i ich córeczki, a szefowa kuchni opowiada dalej: jak pewnego dnia trafiła na staż do Chez Panisse w Berkeley, mekki kalifornijskiego gotowania. To tu Alice Waters po raz pierwszy świadomie zaczęła używać organicznych składników od lokalnych dostawców, to tu traktowano je z największym szacunkiem. Juliette wspomina, ze faktycznie przed drzwiami restauracji codziennie pojawiali się ludzie ze swoimi plonami (restauracja kupowała nawet hodowane przez jej babcie cytryny), mnóstwo czasu poświęcało się też na przeglądanie owych najwyższej jakości składników. W tej jednej z najważniejszych restauracji na świecie Juliette dostała pracę. Miała jednak jeden mankament: nie rozmawiało się tam podczas pracy. Gdy więc po paru miesiącach przyszła inna propozycja, szefowa (choć do tej prześlicznej, kociej, obciętej na chłopaka dziewczyny nie pasuje to określenie) rzuciła pracę w Chez Panisse. Zwłaszcza, że gotowanie dla artystów w centrum Headlands for the Arts, w Sausalito w Kalifornii, położonym na wzgórzu nad zatoką – okazało się być pracą marzeń: kiedy Juliette przygotowała już kolację, siadała do niej razem z twórcami. I rozmawiała. Tak poznała swojego męża, Pawła.

To make long story short: to też sprawiało, że na terenie CSW jest piec chlebowy (widać go na filmiku!) z którego kosztowałam niesamowitych, prostych, ale niezwykle bogatych w smak smakołyków autorstwa Juliette (pozwoliła mi pomagać!): choćby niesamowitej wieprzowiny w mleku. Jeśli będziecie śledzić stronę CSW – zapewne będziecie mogli również skosztować z niego czegoś równie pysznego. A na razie polecam tym, którzy nie mogą się doczekać, spacer do CSW i podglądanie, a raczej doglądanie papryk. Nic tak nie uspokaja skołatanych nerwów ja wielkie dostojne strąki i zapach melisy, która rośnie obok…