Naschmarkt stories

123fr

Gdybyście teraz zapytali mnie o najbliższe najsmakowitsze miasto: z pewnością ślina podpowiedziałaby mi WIEDEŃ. A moja ślina uważa, co mi na język przynosi.
Skojarzenie jest bajecznie proste: Wiedeń to Naschmarkt, a Naschmarkt to absolutny raj. I choć nie znoszę ludzi przeciskających się przez wąskie gardła straganów, nie lubię bokiem omijać śmietnika, szorować jednocześnie rękawem o ciężarówkę i wdeptywac w resztki jedzenia – a tak aktualnie chodzi się po Naschmarkcie – jednak przyznaję: to jeden z najlepszych targów na świecie. Dlaczego? Oprócz oczywistego skojarzenia z wylewającymi się wręcz ze straganów niezwykłymi ilościami dóbr z wszelkich stron świata (papiery ryżowe mieszają się z tureckimi przyprawami, na to idzie trufla i konfitury z maliny morożki, wszelkiego rodzaju antipasti, rybska, mięsa… nie umiem tego właściwie wyliczyć) wiedeński targ ma superprzewagę nad innymi: aż roi się na nim od knajpek w bardziej lub mniej sexy bungalowach czy barakach, w których podadzą nam przyrządzone to, co obok wypatrzymy na straganie. Śniadanie na Naschmarkcie to jedna z moich definicji szczęścia. Z tego, co pamiętam, zachłystując się tym szczęściem, zjedliśmy ostatnim razem z Najlepszym Towarzyszem podróży trzy śniadania… Po niezwykle okazyjnym zakupie na pobliskim pchlim targu (vintage okulary, kieliszki i magazyny) niespróbowanie WSZYSTKIEGO wydawało się być grzechem. Wiec schowaliśmy w brzuszkach po drodze mangolassi, przekąski, słodycze, serki… i zasiedliśmy w modnym Naschmarkt Deli, w którym w sobotę i niedzielę do całodziennego śniadania grają DJe, by wmusić w siebie humus, babaganush, pitę, oliwki, dolmadakie i wszystkie składniki orientalnego talerza… I choć była dziesiąta, nie mogliśmy – bo była jesień – nie popić tego wszystkiego sturmem. Zawsze mam wrażenie, że sturm to legalne narkotyki. Młodziutkie, mętne białe wino, o jabłkowym zapachu, które aż buzuje w szklance, wywołuje stan upojenia, który sprawnie opisaliby chyba jedynie Skamandryci. Jeśli będziecie mieli szczęście – nie nastąpi po nim senny zjazd (podobny do tego, który często wywołuje choćby prosecco), jeśli nie – poczujecie się jak po opium. Ponieważ był to pierwszy w życiu sturm Najlepszego Towarzysza Podróży – postanowiłam go upoić i obserwować reakcje. Po początkowej podejrzliwości („co ty mi tu próbujesz…”), szybko następującym zauroczeniu („ty, to dobre jest”), prześwitach, zdrowego rozsądku („zniszczy mnie to, nie?”) nastąpiło poddanie („to gdzie następny? Zobacz, następna buda wygląda dobrze”). Niestety na Naschmarkcie, po sturmie – każda następna buda wygląda dobrze. Żeby przełamać schemat, szybko zauważyliśmy, że można tu np. dostać koktajli z fiołkowego prosecco. Musieliśmy, po prostu musieliśmy spróbować. Efektem tego był niestety tragiczny stan: mianowicie, kiedy doszliśmy do części targu, na której można zjeść prosto z  lodu kilka rodzajów ostryg z lodu, otwieranych na miejscu, popijanych lokalnym winem – skapitulowaliśmy. Podobnie było z budką z eksperymentalnym japońskim jedzeniem. Oraz z zaułkiem z wurstem… Na szczęście to idealny powód, żeby tam wrócić. Kommen Sie mit?

reklama