(nienawidzę popcornu)

Kiedy wpiszecie w google jedzenie i film – zazwyczaj wyskoczy wam „9 i pół tygodnia – jak to zrobić w domu”… No jak?
Dwie guilty pleasures: jedzenie i kino, idą ze sobą w parze idealnie. Jak Ginger i Fred, jak fish&chips, jak szampan i ostrygi… A nawet lepiej. Idealna sytuacja? Film na ekranie, jedzenie na filmie, jedzenie na kolanach, kanapie, łóżku czy w zasięgu ręki. Już nie żądam, żeby tematycznie było dopasowane do tematu filmu, choć aż się prosi: niezwykłe sceny uczt u Anga Lee „Jedz Pij Kobieto Mężczyzno” i kaczka po pekińsku. „Uczta Babette” i parę ostryg, pularda, trufle. „Czekolada” i …czekolada. Ten pomysł wykorzystują z powodzeniem autorzy Kuchnia Plus Food Film Fest – siedzicie w ciemnym kinie i pogryzacie coś, o czym akurat traktuje film: neapolitańską pizzę, ekologiczne żelki. Czemu nikt nie wpadł na ten genialny pomysł, że nie tylko ohydny popcorn się liczy? Temat tego wpisu przyszedł mi do głowy, kiedy spektakularnie przegapiałam właśnie „Przystawkę z kultury” o temacie filmowym: zgromadzonym przy stole przypadkowym konsumentom kultury (bo to określenie wydaje mi się najwłaściwsze w przypadku tego wyjątkowego klubu kolacyjnego) podawane są smakowite dania (tym razem podano między innymi tartoletki z koziego sera i muli, krewetki w szynce parmeńskiej podane z sosem słodko – kwaśnym, szpinakowe roladki z łososiem i kurczakiem i czekoladowy mus z karmelizowaną pomarańczą i nutą chilli – wiem, podejrzałam menu…) a ekspert od kultury, w przerwach między łykaniem opowiada. No i ja – filmoznawczyni – przegapiłam co Tomasz Raczek miał do powiedzenia na temat związków filmu i jedzenia. Cóż było robić – skoro celebryta nie pomógł mi przypomnieć sobie moich ulubionych filmowych posiłków – musiałam zrobić sobie taką listę sama. W internecie aż się od nich roi (tu jest ta najskrupulatniejsza, od A do Z ujmująca gdzie co kto je). Co (nie)ciekawe, są dość ogólne, podobne, właściwie ciągle opowiadające o „Wielkim Żarciu” i „Uczcie Babette”… Trochę trudno się dziwić: ekranizację noweli Blixen trzeba przejść na filmoznawczych studiach, żeby dowiedzieć się, co mogła symbolizować uczta. Podobnie jest z „Ojcem chrzestnym” – pochylaliśmy się nad każdą z sześćdziesięciu jeden (sic!) scen z jedzeniem zastanawiając się: po co tam są. I o co chodzi z tym, żeby zostawić broń i zabrać cannoli. Co to u diabła jest to cannoli?!

reklama

Moja lista? Nie jest łatwo przypomnieć sobie co sprawiało, że ślina się toczyła, a brzuszek zaczynał skręcać… Z resztą czasem to nie o to chodzi: czasem jedzenie jest tylko pretekstem. Oprócz lobster scene – sceny homarowej w Annie Hall, kiedy Woody Allen tańczy wokoło potworów ze szczypcami, czy dinerowych scen i gadek z Pulp Fiction (Royal with Cheese? Nota bene ja jem frytki z majonezem, a najbardziej lubię je z cytryną i solą) pamiętam więc świetnie scenę z z „Soku z żuka” – a a końcu nie o smakowitość tych scen chodziło. Pamiętam oczywiście klopsik z „Zakochanego kundla”. Na widok czekolady w „Charlie i Fabryka Czekolady”, na która złożyła się cała rodzina – niezmiennie ryczę. Uwielbiam jedzenie u Almodovara (Rosie de Palma hiperneurotycznie pakująca budyń!). Inaczej jednak mam np. ze sceną z „Kiedy Harry poznał Sally”, w której bohaterka udaje orgazm w kultowych delikatesach Katza, nad najlepszą na świecie kanapką z pastrami… 

 Pytanie, co ona robi z tą kanapką? Czemu wyciąga te wielkie warstwy ciemnoróżowej wędliny z chleba? Czy to na pewno kanapka z pastrami (bo Billy Crystal na pewno je tą najbardziej kultową) 

 a może corned beef…? Każdy, kto kiedykolwiek odwiedził Katza – na pewno ma w tym momencie ślinotok, nie tylko ze względu na pokrzykiwania Meg Ryan. Jakimś dziwnym trafem jedzenie i Nowy Jork idą ze sobą w parze równie dobrze… A najlepiej chyba w „Seksie w Wielkim Mieście” – zastanawialiście się kiedyś ile restauracji odwiedziliście z czterema przyjaciółkami z Manhattanu? Ile zjadły w waszym towarzystwie śniadań, obiadów, kolacji? Są tacy, którzy mówią, że serial był kultowy nie dlatego, że dziewczyny w nim sportretowane gadały o seksie, lecz dlatego, że jadły. Osobiście, najlepiej wspominam oglądanie z Magdą „Julie i Julii”. Nie, żeby ten film był najlepszy. Po prostu następnego dnia przez osiem godzin przygotowywałyśmy kolację z przepisów Julii Child – tak nas on rozochocił, tak rozruszał nasze nożowe mięśnie, tak otworzył listy zakupów ukryte w głowach. Wołowina po burgundzku, zapiekanki, szalotki godzinami duszące się w occie balsamicznym, tony masła wrzucane do ciasta – wszystko to przygotowywane w szczęściu i euforii. Istnieje podejrzenie, ze to po tej kolacji powstał syn Magdy – Julek. Z dobrego jedzenia, błogostanu wywołanego przez wołowinę i wspólne gotowanie: piękny rudy chłopczyk. Aż dziw, że to nie ja jestem ojcem… A wracając do filmowych tematów to na koniec proponuję kultowy miętowy opłatek z Monthy Pythona, już przysłowiowy, choć scena z której się wziął: raczej antygourmandzka…