Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój Księgarnia Sklep Cyfrowy

Prawdziwy Chińczyk w Krakowie


12 lipca 2012 Ugryzienie Kozak redakcja
Poszukiwanie prawdziwej chińskiej kuchni w kraju, gdzie pod hasłem „chińska” zazwyczaj kryje się podła wietnamska – nie jest łatwe. A jak się kiedyś skosztowało chińskiej jakości – co w tym wypadku oznacza akurat mistrzostwo – nie da się potem omamić niczemu.

Zadzwonił „krakowski” brat: „Przyjeżdżaj, pod domem otworzyła się obłędna knajpa i chyba nikt jeszcze nie rozumie, jak genialne jest w niej jedzenie”. Trzeba było się wybrać. Zwłaszcza, że na miejscu stołował się prawie codziennie podczas swojego pobytu w Krakowie inny miernik smaku: drugi brat, „warszawski”, wyjątkowo wybredny osobnik. We trójkę jesteśmy rozpaskudzeni do granic: nasz osobisty ojciec zwariował bowiem w latach dziewięćdziesiątych na punkcie chińszczyzny, kiedy w Polsce była ona jeszcze praktycznie nieznana. Nakupował książek kucharskich (chyba na początku jeszcze niemieckich!), pojechał do sklepu chińskiego przy kultowej warszawskiej restauracji Rong Vang (koniecznie posłuchajcie melodii na ich stronie internetowej!) i zaczął czarować. Mam mnóstwo egzotycznych wspomnień z tego czasu: pierwszy raz z liczi w puszce, pierwsze odpalenie woka i sprawdzanie, jak smaży się na nim omlety, pierwsze marchewki i dymka krojona w paseczki, no i zapach bagażnika, w którym ojcu wylał się sos rybny…

Anyway – paradoksalnie kuchnia mojego ojca najbliższa była temu, co potem miałam okazję jeść w restauracjach chińskich w londyńskim czy nowojorskim Chinatown, była bowiem przygotowywana z sercem, z niezwykłej ilości składników, z marynowanych długo mięs i świeżych warzyw. Polskie doświadczenia z chińszczyzną? Na szczęście nie pamiętam.

Ale do rzeczy. Wchodzimy do China City Restaurant – miejsca, które kiedyś było karczmą: przypominają o tym pozostałości wystroju, przede wszystkim boazeria wystająca spod chińskich obrazków z azaliami, lampionów i czerwieni. Jest absolutnie egzotycznie, campowo i eklektycznie: dokładnie tak, jak lubię. Przy stole siedzi trzech panów, jeden z nich okaże się właścicielem, a drugi kucharzem. Lekko siorbiąc, wcinają z miseczek przystawionych do ust coś, co wygląda genialnie, świeżo i autentycznie, na stole leży więcej potraw, które wyglądają równie dobrze. Przemiła pani kelnerka przynosi kartę. Ekstaza. Za 19.90 zł zjecie tu zupę i jedno z dań do wyboru (np. wieprzowina z bakłażanem wiosennym, wołowinę smażoną w sosie ostrygowym, wędzonkę chińską smażoną z zieloną papryką, kurczaka z sezamem i gongbao…). Bierzemy wołowinę smażoną z czarnym pieprzem i makaron z ogórkiem w pikantnym sosie – na zimno!

Pierwszy sprawdzian: zupa. To, co nam przyniesiono, uleczyłoby z choroby każdego. Kwaśny i pikantny, błyszczący płyn zagęszczają strzępy jajka, pokrojone w mistrzowską kosteczkę świeże (!) warzywa i kurczak tak miękki, ze prawie rozpływa się w ustach. Dalej będzie tylko lepiej. Brat rozwodzi się nad konsystencją wszystkich mięs, które tu jadł – razem z drugim bratem doszli do wniosku, że to nie tylko marynowanie, lecz przede wszystkim temperatura palnika, na którym stawia się wok.

Po chwili ich tezę potwierdza właściciel – Wei Zhang, który okazuje się być… skrzypkiem z krakowskiej filharmonii, wychowanym w Polsce, ale ze smakami przejętymi po rodzicach. „Wszystkie dania osobiście testuję” – uśmiecha się. Faktycznie, woki – gigantyczne – stoją tu na palnikach sprowadzanych prosto z Chin. Kucharze też są z daleka: dwóch z prowincji Syczuan (i taka kuchnia dominuje w karcie) i jeden z Mandżurii (tam z kolei są korzenie Wei Zhanga). Dostajemy jeszcze do skosztowania chińskie pikle – kiszonkę z kapusty, marchwi i rzepy – posypane cukrem i polane octem ryżowym: totalny odlot podobny trochę do kimchi. Mój makaron na zimno jest superodświeżający, a porcja wielka, bierzemy go do domu, łypiąc po drodze w stronę menu. Bo jak się oprzeć żołądkom z kurczaka na zimno Lushui, nóżkom po chińsku, boczku na zimno, krabowi duszonemu z imbirem, smażonej sałacie rzymskiej czy żeberkom o smaku lotosu…

Wychodząc, wyobraziłam sobie, jak z całą naszą rodziną siedzimy przy stole jak w „Jedz i pij, mężczyzno i kobieto” i pałaszujemy połowę menu. To marzenie do spełnienia.

China City Restaurant, ul. Brzozowa 18, Kraków (Kazimierz)


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI