Bezpieczeństwo w sieci: jak świadomie poruszać się po wirtualnym świecie?

fot.123rf

Wszystko, co wyślesz w świat drogą elektroniczną, już na zawsze tam zostanie. Czy myślisz o tym, kiedy publikujesz na Instagramie swoje prywatne zdjęcia? Albo fotki dzieci? Jak świadomie i bezpiecznie poruszać się po wirtualnym świecie, wyjaśnia psycholog dr Julita Koszur.
Czy można być sobą w sieci?

reklama

To chyba pytanie o to, czy w ogóle można być sobą. I co to znaczy „być sobą”? Mamy wiele „ja”, zawsze jesteśmy trochę inni w zależności od tego, z kim się kontaktujemy. Dlatego nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pani pytanie. Najlepiej byłoby powiedzieć: to zależy, dla kogo jesteśmy w sieci, kto jest odbiorcą naszego przekazu.

Ale czy zawsze mamy tego świadomość?

Myślę, że mamy, choć ta świadomość jest zróżnicowana, bo ludzie różnią się tendencją do self-monitoringu, czyli obserwacyjnej samokontroli. Są tacy, którzy bardziej przejmują się tym, jak inni ich odbierają, a są tacy, których ledwo to obchodzi. Stąd jedni dbają bardziej o swój wizerunek, a inni mniej. W sieci jest jeszcze kwestia miejsca, gdzie odbywa się nasza komunikacja: na blogu, portalu społecznościowym czy na naszej oficjalnej stronie. Każdy udział w sieci jest pewnego rodzaju autoprezentacją. Tworząc bloga, stronę zawodową czy stronę na Facebooku, musimy zdawać sobie sprawę z tego, dla kogo to robimy. W przypadku bloga na początku robimy go zwykle dla znajomych i przyjaciół, potem ta społeczność może się powiększać – wtedy zaczynamy dbać o lepszą jakość zdjęć, profesjonalizm tekstów; myślę tu głównie o blogach, które stały się branżowymi i w konsekwencji – sposobem na zarabianie pieniędzy. Tak właśnie następuje mniej lub bardziej świadome dostosowanie swojego wizerunku do odbiorców.

A co z profilami na portalach społecznościowych?

One są tworzone głównie z myślą o odbiorcach z najbliższego grona. Choć to grono potem się powiększa. Ja na przykład mam wśród znajomych na Facebooku także swoich studentów, absolwentów i niekoniecznie chcę się dzielić z nimi prywatnymi rzeczami. Dlatego zanim wrzucę jakieś zdjęcie czy informację, zawsze mi się zapala lampka ostrzegawcza i często dochodzę do wniosku: „nie, jednak nie wrzucę”. Być może taka refleksja i dojrzałość przychodzą z wiekiem. Podobnie jak świadomość, że naprawdę głębokie relacje wymagają bezpośredniego kontaktu, czasu i pracy – nie buduje się ich ot tak, w sieci.

Mam 35 lat i moi znajomi, rówieśnicy lub trochę starsi, są obeznani z nowymi technologiami, ale jednak dorastaliśmy w rzeczywistości bez tych nowinek. To też sprawia, że świat wirtualny tak bardzo nas nie pochłania, mamy świadomość, co jest prywatne, a co publiczne. Inaczej jest z młodszymi odbiorcami, którzy wychowali się na Internecie. Oni nie mają nawyków z ostrożnym budowaniem swojego wizerunku. U nich to wszystko jest bardziej impulsywne. Działają bezrefleksyjnie. Jeżeli rodzice nie nauczą ich tego, by zanim coś wrzucą na Instagram, Facebooka czy Snapchata, wzięli dwa oddechy – to konsekwencje mogą okazać się bardzo dotkliwe. W przypadku nastolatków dochodzi jeszcze dążenie do akceptacji rówieśników. Wrażliwa jednostka z powodu opublikowanego zdjęcia czy filmiku, głównie o podłożu seksualnym, może nawet targnąć się na życie. Pamiętajmy, że to, co raz zamieścimy w Internecie, zostaje tam na zawsze.

Dużo mówi się o tym, że wirtualna rzeczywistość powoduje pewne rozdwojenie jaźni. Ale przecież ludzie od wieków uciekali od realnego świata w marzenia, pisali pamiętniki, w których też się kreowali. Internet jest może o tyle wyjątkowy, że to bardzo silne narzędzie.

Internet umożliwia bardzo szybkie udostępnianie treści innym osobom, dzieje się to w ułamku sekundy w bardzo szerokim zakresie – tego wcześniej nie było. Dlatego jako społeczeństwo musimy się uczyć ostrożności. Możemy przerzucać się tutaj ekstremalnymi przykładami, ale nie o to chodzi. Po prostu dla właściwego rozwoju psychiki i osobowości dziecka, opartego na poczuciu bezpieczeństwa i stabilności, nie jest dobre ciągłe wystawianie się na opinię innych. To uzależnianie samooceny od czynników zewnętrznych.

Ilości lajków przy zdjęciu…

Tak, i sprawdzania, czy mam ich więcej niż inni. Tymczasem w rozwoju chodzi o to, by nie porównywać się z innymi, tylko ze sobą: z teraz i z jakiegoś okresu w przeszłości. Czy teraz wyglądam lepiej, czy jestem lepsza w grze w szachy niż kilka lat temu.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »