Co daje altruizm?

123rf.com

To, oczywiście, dobrze, że odrobiliśmy lekcję dbania o to, co prywatne, intymne. Że nauczyliśmy się asertywności i zdrowego egoizmu. Ale czy skupianie się wyłącznie na sobie prowadzi do szczęścia?

reklama


Daniel Goleman, słynny amerykański psycholog, autor książek o różnych rodzajach inteligencji, twierdzi, że kręcenie się „wokół własnego ogona” nie tylko nie daje szczęścia, ale wręcz je zabija. W książce „Inteligencja społeczna” pisze: „Skupianie się na sobie zabija Co daje altruizm?empatię, nie mówiąc o współczuciu. Kiedy koncentrujemy się na sobie, nasz świat się kurczy, bo nasze problemy i zaabsorbowanie nimi przesłaniają wszystko inne. Kiedy natomiast skupiamy się na innych, nasz świat się powiększa. Nasze własne problemy odsuwają nas na peryferie umysłu, przez co wydają się mniejsze, wzrasta natomiast nasza zdolność do łączenia się z innymi”.

Większość z nas ma jednak problem ze skupianiem się na drugim człowieku, a szczególnie z reagowaniem na wyciągniętą po pomoc rękę. Zwłaszcza teraz, w czasach kryzysu, gdy dookoła las takich rąk. Nie wiemy na przykład, jak odróżnić prawdziwie potrzebującego od tego, kto wyłudza. Jak pomagać, a jednocześnie się nie narzucać? Czy wspierając kogoś, nie uczymy go także bezradności?

Ale problem mamy także z reagowaniem w nagłych wypadkach, w sytuacjach zagrożenia, w których trzeba wybierać między pomocą drugiemu człowiekowi a naszym życiem. Gdzie leży granica między odruchem serca a heroizmem? Kiedy interweniować, a kiedy brać nogi za pas?

Niedawno przetoczyła się na ten temat dyskusja wywołana orzeczeniem komisji etyki Polskiego Związku Alpinistycznego w sprawie tragicznego wypadku podczas zimowej wyprawy himalaistów na Broad Peak. Dyskusja pełna osądów i moralizowania. Mnie natomiast o wiele ważniejsze wydaje się zrozumienie, dlaczego niektórzy ludzie nie zostawiają drugiego człowieka w potrzebie, bez namysłu rzucają się za nim w ogień, skaczą do wody, angażują w działania charytatywne, a inni nie.

Niewiedza wielu
Seminarium duchowne w Princeton. Trwa właśnie egzamin z głoszenia kazań. Połowa z 40 egzaminowanych kleryków ma za zadanie odnieść się do tematów wybranych na chybił trafił z Biblii, druga połowa – do przypowieści o dobrym Samarytaninie, który – jak wiadomo – udzielił pomocy leżącemu przy drodze rannemu, obojętnie mijanemu przez rzekomo pobożnych ludzi. Na wygłoszenie kazania przewidziany jest ściśle określony czas. Egzaminowani zgromadzeni są w pokoju, z którego co 15 minut jeden z nich idzie do sali egzaminacyjnej. Droga prowadzi obok wejścia, przy którym leży jęczący z bólu człowiek. Klerycy nie wiedzą, oczywiście, że biorą udział w eksperymencie. Jak reagują? 24 przechodzi, nie zwracając uwagi na jęczącego. Przy czym ci, którzy przygotowywali kazanie na podstawie przypowieści o dobrym Samarytaninie, nie są ani na jotę bardziej przejęci chorym. Spośród tych, którzy myśleli, że mają mało czasu, zatrzymał się tylko jeden, natomiast spośród przekonanych o tym, że nie muszą się spieszyć, pomoc zaproponowało sześciu.

Jak pokazuje ten eksperyment, opisany potem w wielu pracach z dziedziny psychologii społecznej, o odruchu serca, zwanym uczenie altruizmem, decyduje między innymi czas konieczny do tego, żebyśmy mogli nie tylko zauważyć czyjeś potrzeby, ale i „dostroić się” do nich.

Co jeszcze popycha nas do reagowania? Zaangażowanie innych ludzi. Okazuje się, że bardziej jesteśmy skłonni przyjść z pomocą wtedy, gdy ktoś już tej pomocy udziela. Na przykład chętniej przyłączamy się do akcji charytatywnej, w której bierze udział dużo osób, bardziej zdecydowanie reagujemy na czyjąś krzywdę, gdy wcześniej już ktoś zareagował. Ale uwaga! Obecność innych może czasem utrudnić podjęcie decyzji o udzieleniu pomocy. Jak zauważa profesor psychologii społecznej Wilhelmina Wosińska, w sytuacjach wymagających od nas zaangażowania staramy się zachować zimną krew, bo nie chcemy wyjść na głupka albo być posądzonymi o panikowanie. Dlatego przyglądamy się, co robią inni, a oni kątem oka obserwują nas. Wszyscy nawzajem utwierdzamy się w przekonaniu, że sytuacja nie wymaga interwencji, że wszystko jest pod kontrolą i tak naprawdę ignorujemy zagrożenie. Takie zachowania nazywane są w psychologii „niewiedzą wielu”.

Formy i normy
Z kolei według psychologów ewolucyjnych (mi. in. Davida M. Bussa) pomagamy dlatego, żeby ocalić gatunek, w czym zresztą jesteśmy bardzo podobni do zwierząt. Rzucamy się na pomoc najpierw tym, którzy mają najwięcej podobnych genów, a więc dzieciom, rodzicom, rodzeństwu, a dopiero później wujom, ciotkom, kuzynom. Obcych ratujemy na końcu, i tak jest we wszystkich kulturach. Jednak w Ameryce gotowość do przyjścia z pomocą komuś nieznanemu jest zdecydowanie większa niż na przykład w Chinach. Dlaczego? Ponieważ w kulturach zachodnich podział na swoich i obcych jest bardziej rozmyty (tam przyjezdny szybko może stać się jednym z nas) niż w społecznościach zamkniętych na inne kultury czy religie.

Spieszymy z pomocą także dlatego, że tak nakazują normy społeczne, tego nas się uczy, za to nagradza. Właściwie nie ma na świecie społeczeństwa, które nie ceniłoby takich postaw. Wynikają one – z grubsza rzecz ujmując – z respektowania dwóch rodzajów norm społecznych: normy wzajemności
i odpowiedzialności za słabszych.

Pierwsza nakazuje odwdzięczać się za przysługi, jakie wyświadczyli nam inni. To strategia niezwykle opłacalna z punktu widzenia interesu danej grupy. Bardziej prawdopodobne jest bowiem przetrwanie danej społeczności, jeśli jej członkowie nawzajem wymieniają się jakimiś świadczeniami. I po drugie – norma ta ma charakter edukacyjny, bo pokazuje, że warto pomagać choćby dlatego, że gdy sami znajdziemy się w potrzebie, możemy liczyć na wzajemność. Takie praktyki wprost rozkwitały za komuny, kiedy to wszyscy usiłowali wymieniać się towarami, do których mieli dostęp. Na przykład pani z mięsnego załatwiała kierowniczce kina kilo schabu, a kierowniczka odwdzięczała się jej biletem na film.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »