Co u ciebie? Nie narzekam

123rf.com

W poszukiwaniu kompromisu pomiędzy irytującym amerykańskim „keep smiling” a polskim „szkoda gadać” Katarzyna Droga postanowiła przeprowadzić eksperyment i nie narzekać przez cały tydzień. Jak długo wytrwała w swoim postanowieniu i jakie wnioski wyciągnęła z tej lekcji?

Kilka czynników skłoniło mnie, by zmierzyć się z próbą wyeliminowania narzekań ze swojej codzienności. Przede wszystkim teza prof. Bogdana Wojciszke, który w książce „Kultura narzekania i jej psychologiczne konsekwencje” nawiązał do słynnej metafory szklanki do połowy pełnej… i orzekł, że jesteśmy narodem pustych szklanek. Smutne. Teoria, że świat staje się takim, jakim go nazywasz, także została potwierdzona badaniami tego psychologa. Z kolei warsztat online psychoterapeuty Wojciecha Eichelbergera „Proste życie” zaleca całodniową obserwację swoich narzekań i zastępowanie ich uwagami o pozytywnych stronach życia. Cel: poprawa samopoczucia. Symbolem ćwiczenia jest bransoletka i zasada, że jeśli się złamiesz i zaczniesz jęczeć, przekładasz ją na drugą rękę, aż do skutku. Jeśli cały dzień uda się nosić ją bez zmian – to już coś.

Zmobilizowała mnie też filozofia życiowa mojej koleżanki Ewy, która każde zdarzenie komentuje zdaniem: „I bardzo dobrze!”. Nie dostałam honorarium? I bardzo dobrze, będę oszczędniejsza! Narzeczony spóźnia się na spotkanie? I bardzo dobrze, mam czas poprawić fryzurę, porozmyślać… Narzeczony pojawił się w tym miejscu nie bez przyczyny, o nim jeszcze za chwilę. Najpierw fakt, że mam też drugą koleżankę, Agę. Ta jest zdania, że warto narzekać i marudzić. Jej teoria w skrócie przedstawia się tak: „Kiedy marudzę w restauracji, dają mi lepsze dania, a kiedy tupnę nogą na los, często się odmienia. W ogóle kiedy ponarzekam, jest mi łatwiej”.

Poprzyjmy to naukowo: Robert Hepach z Instytutu Antropologii Ewolucyjnej im. Maksa Plancka w Lipsku wykazał, że istnieją korzyści psychologiczne wynikające z nawykowych ubolewań: należy do nich funkcja ekspresyjna narzekania, czyli obniżenie napięcia emocjonalnego u marudy. Narzekanie także uodparnia na krytykę, a mnoży sukces (udało się mimo przeciwności), wreszcie – narzekanie chroni nasze ego w razie porażki, bo daje bufor bezpieczeństwa (a mówiłem, że się nie uda!).

Ciekawe tropy podsuwa etymologia. Słowo „narzekać” ma źródłosłów ten sam co wspomniany wyżej narzeczony. „Narzeczony” oznacza: ten pan jest już zajęty, nazwany „moim”, bo „narzekanie” to dawniej nazywanie świata, orzekanie, ustalenie. I to akurat spotyka się z pierwszą z teorii, że narzekając, malujemy sobie nasz świat w ponurych barwach… Narzekać zatem czy nie?

Aby rzecz rozstrzygnąć, podjęłam się eksperymentu: przeżyć tydzień bez narzekania. Sprawiłam sobie bransoletkę i zaczęłam liczyć, ile razy będę narzekać w ciągu dnia. Może stało się to już nawykiem? Nie, jestem optymistką i wcale tak bardzo nie marudzę, a jeśli już, to na to samo co wszyscy.

Trzy dni: co ja mogę?

Dzień pierwszy – wstaję jak skowronek i od razu nie narzekam. Mam ochotę, owszem, bo liczyłam na pogodę, słońce i sprawne ogarnięcie obowiązków domowych: pranie, pracę w ogrodzie i długi spacer. Nic z tego, mamy wyjątkowo zimny maj, pada deszcz, wieje głuchy wiatr, ciemno, w domu zimno, plan wziął w łeb, a prognozy jeszcze gorsze. Ale zgodnie z zaleceniem patrzę na dobre strony zjawiska. Deszczowa zimna pogoda pozwala docenić herbatę z imbirem oraz kominek, nie muszę wcale prać, a spacerowanie można zastąpić jogą. Niemniej skrzeczy w człowieku, że taką aurę to już mamy od kilku miesięcy… – No i jak tam dzisiaj z pogodą? – pyta córka, która akurat ma skłonności do narzekania. – Okropnie – odpowiadam – jakaś masakra za oknem. Ciśnienie niskie, zimno… I tak bransoletka ląduje na drugiej ręce. – Ale za to nie mamy wulkanów, trzęsień ziemi ani tsunami, ciesz się! – złośliwie cytuje mnie córka. Cieszę się z tego, oczywiście, a także że moja ulubiona ciepła kurtka jest wciąż potrzebna. Ubieram się i realizuję wszystko oprócz prania.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »