Czy jesteśmy uzależnieni od sukcesu?

Łaskawie nam panująca królowa konsumpcja chce uzależnić nas, swoich poddanych, od sukcesu. Wmawia, że konsumowanie jest celem życia. Wierni dworzanie, celebryci uczą, jak pożądać atrybutów sukcesu. Kredyty umożliwiają nam ich zdobycie. Królowa konsumpcja uwodzi skutecznie, bo jest jak współcześni rodzice – stawia na sukces dzieci/poddanych. Jak uwolnić się od władzy sukcesoholizmu i po prostu cieszyć się z prawdziwych sukcesów – wyjaśniają psychoterapeuta Wojciech Eichelberger i coach Iwona Firmanty.
Ubiera się w podarte ciuchy, dziurawe buty i czapkę, by spędzić kilka dni na dworcu, w pustostanach, gdzie w każdej chwili może zostać pobity, opluty, obsikany, zgwałcony, zabity. Dzięki temu przeżywa znów adrenalinowy haj, tak że potem musi się odtruwać. Nie ma problemu – od tego jest lekarz psychiatra. Kiedy On 1 wróci do domu, zadzwoni do niego, a ten przyjedzie i da, co trzeba. Nawet uśpi, żeby mężczyzna sukcesu mógł odespać swoje. Da też relanium jego żonie, bo On 1 znów zapomniał jej powiedzieć, że znika na kilka dni, i ta płakała przez cały ten czas, pewna, że go gdzieś zabili.

On 1 nie jest wyjątkowo zaburzony – tylko uzależniony od sukcesu i rozpaczliwie szuka wciąż większych dawek adrenaliny. Próbował już wszystkiego: niebezpiecznych przeżyć erotycznych, poszukiwania bólu w sportach ekstremalnych. Goniąc za sukcesem, staje się okrutny dla samego siebie.

Z doświadczenia Iwony Firmanty, psycholożki i coacha, wynika, że w sukcesoholizm wpadają dwie kategorie ludzi: ci, którzy poprzez sukces nadbudowują poczucie wartości. A także ci wybitni i ambitni, którzy za pomocą euforii, jaką im daje akceptacja ze strony otoczenia, nakręcali się jeszcze bardziej i jeszcze więcej sukcesów osiągnęli, a ich organizmy produkowały jeszcze więcej adrenaliny i euforii. A te działają jak wewnętrzny narkotyk. Uzależniają. Więc ci, którzy odnieśli zbyt duży sukces, nie są już napędzani swoimi nowymi celami i wizjami, ale pogonią za wewnętrznym narkotykiem. I dochodzi do paradoksu: choć zrealizowali swoje cele, nie wiedzą, co ze sobą począć. Tak im brak adrenaliny i euforii, jakie sobie wewnętrznie wstrzykiwali, dążąc do sukcesu, że zaczynają się zadręczać.

Zdaniem Wojciecha Eichelbergera, psychoterapeuty i coacha oraz autora wielu książek o człowieku i biznesie, większość ludzi dąży do jakiegoś sukcesu. To naturalne. Uzależnienie grozi tym, którzy zostali narcystycznie ukąszeni, czyli jako dzieci nie otrzymali od otoczenia rzetelnych informacji na temat tego, ile naprawdę warte były ich osiągnięcia. W zamian byli albo niedoceniani, poniżani, albo przeceniani lub przesadnie chwaleni. Obie skrajności produkują perfekcjonistów, bo w obu sytuacjach nie sposób zaryzykować porażki czy niepowodzenia. Czujemy się zmuszeni zasługiwać na wytęsknioną pochwałę nigdy niezaspokojonego krytyka albo dorastać do niezasłużonych pochwał pochlebcy. Na próżno. Krytyk na zawsze pozostaje krytykiem, a pochlebca pochlebcą. Z upływem czasu uwewnętrzniamy owe postawy wobec naszych osiągnięć i w ten sam sposób traktujemy siebie. Gdy dorośniemy, nawet owacja na stojąco, noszenie na rękach, dyplomy i nagrody w naszym odczuciu nie są zasłużone. Nie ma takiej ilości sukcesów, która ukoiłaby nasze wątpliwości co do bycia wartym uznania i miłości.

On 2, czyli markowa samotność

Figo-fago, czyli uwodziciel. Przychodzi w marki ubrany, mucha nie siada, wymuskany. Żadnego włoska. Rusza nóżką i patrzy na coacha. I tak mija 20 minut. Aż ten mówi: „Widzę, że z tobą można porozmawiać!”. A można! Ten człowiek na co dzień walczy o swój sukces z jeszcze cięższymi niż on osobnikami i wygrywa. W czym więc coach ma mu pomóc?

On 2: „Czuję się wykurwiście samotny”.

No i zaczyna się grzebanie w jego duszy… Na zewnątrz wszystko superfajnie. Ludzie myślą, że jego historia to historia sukcesu. Wygląda. Dba o siebie. Kobiety go pragną, mężczyźni się nim inspirują. Pozornie cudo. Ale tylko na zewnątrz. Wewnątrz: zero kontaktu z dzieciakami z poprzednich związków, choć ma ich kilkoro na całym świecie. O swojej aktualnej żonie mówi, że wspaniała, ale prawdę zna tylko kochanka. Jest jak wydmuszka, piękny z zewnątrz, a w środku pustka. Uzależniony od sukcesu mężczyzna jest jak jajko: w środku mięciutki, a na wierzchu twardy. Gdy wiesz, jak popukać w skorupkę, to dostaniesz się do środka.

Potrzebuje coacha, by go supportował. Silne osobowości pragną być złapane za uzdę. Samotność człowieka uzależnionego od sukcesu jest olbrzymia. Sam na nią zapracował. Codziennie wstaje o 6.00 i idzie biegać. Nie skupia się na tym, żeby rodzinie zrobić kawę. Po powrocie prysznic, gajerek i do pracy. Zero kontaktu z najbliższymi. Do domu wraca wieczorem. Nie wie, co jego trzecia żona robi. Czuje, że przestał o nią dbać. Ma dość bab, które pchają mu się do wyra, ale czasem nie może się opanować. Ponieważ zmarł jego znajomy z branży, zaczyna sobie uświadamiać, jakby to było, gdy on sam się pochorował.

Definicja sukcesoholika

Mamy z nim do czynienia, gdy wszelkimi dostępnymi metodami dąży do aprobaty otoczenia. Uzależnienie od sukcesu to często uzależnienie od poklasku. Oklaski i zachwyt dają kręgosłup poczuciu wartości. Aktorzy, wykładowcy, coache, biznesmeni, ludzie mediów. Każdy może mieć ten problem. Z tym że jedni pragną aprobaty od wszystkich, byle być dostrzeżonym. Drudzy – ludzie realnego sukcesu – za wszelką cenę dążą do uwagi i poklasku, ale ze strony audytorium, które jest dla nich autorytetem, mówi Iwona Firmanty.

Kiedy sukcesoholik traci audytorium, staje się zgryźliwy, sfrustrowany, a ponieważ zna metody oddziaływania na ludzi, rani bliskich. Rodzina staje się dla niego ważna około pięćdziesiątki. I wtedy chce ją kupić, np. dając za dużo kasy dzieciom. To je fokusuje na sukces lub skłania do ucieczki w abnegację. Zawsze jednak wzmaga w nich głód bezwarunkowej miłości i akceptacji. – Dzieci rodziców uzależnionych od sukcesu doświadczają często zdrady emocjonalnej – mówi Wojciech Eichelberger. – Bo uzależniony rodzic prawie zawsze przedkłada swoje uzależnienie nad potrzeby dziecka: „Praca jest dla mnie najważniejsza, mam szansę awansować, daj mi spokój, wynajmę ci korepetytora, instruktora od tenisa albo zorganizuję kolegę do zabawy, ale ja dla ciebie nie mam dziś czasu”. Dzieci tak traktowane czują się nieważne i porzucone, co negatywnie wpływa na ich poczucie wartości i redukuje szansę na szczęśliwe życie.