Debata: odciąć pępowinę

fot.Rafal.Maslow

Są szczęściarze, którym dzieciństwo daje napęd na całe życie, i tacy, których obciąża na początku drogi. O dorastaniu, które polega między innymi na zmierzeniu się z zapisanym przed laty scenariuszem, rozmawiają Weronika Wawrzkowicz i jej goście: PROF. ZBIGNIEW MIKOŁEJKO, PAULINA HOLTZ i TOMASZ SOBIERAJSKI
Weronika WAWRZKOWICZ: Profesorze, w pana książce „Jak błądzić skutecznie” znalazłam bardzo szczerą opowieść o traumie dzieciństwa, opuszczeniu, biciu. Kiedy zdecydował się pan powiedzieć o tym głośno, i dlaczego?

reklama

Zbigniew MIKOŁEJKO: Zdobyłem się na to w szczególnym momencie – kiedy z Internetu dowiedziałem się, że umarł mój ojciec, który odszedł ode mnie i matki, gdy miałem 2,5 roku. Mimo że długo mieszkał blisko nas, nie miałem z nim żadnego kontaktu. Jedyne zdjęcie ojca, jakie mam, to fotografia z nagrobka, którą ktoś ze znajomych uwiecznił na zdjęciu. Poczułem głęboki żal, bo uświadomiłem sobie, że przez całe życie czekałem jednak na to, aby się pojawił. Liczyłem, że zostaną przywrócone jakieś prawidłowe relacje rodzinne, nie mówię już o miłości, ale pewnej bliskości. Razem z jego śmiercią ta nadzieja zniknęła.

Popadłem w rodzaj depresji, takiego zupełnego ogołocenia. Wtedy sięgnąłem do tego, co pierwotne, do dzieciństwa. Nazywam je zresztą nieodpartym scenariuszem każdego losu. Ten scenariusz będzie pracował do końca życia. Rozrachowując się z przeszłością, z tym, co dalekie, mówimy sporo o teraźniejszości.

Nie miał pan pokusy, żeby się odciąć, powiedzieć sobie: „jestem dorosły, to już mnie nie dotyczy”?

Z.M.: Czułem, że nie da się uniknąć konfrontacji z przeszłością – przychodzi czas na dorosłość, odcięcie pępowiny. Problem polega na tym, że czasem ona sama się odcina. U mnie stało się to w momencie, kiedy byłem dzieckiem skazanym na przemoc, samowychowanie, samotność. Nie da się powiedzieć: „to było”. To jest i będzie ze mną do końca życia. Zadałem więc sobie pytanie: co mogę z tym zrobić? Uznałem, że warto powiedzieć coś ofiarom i katom. Do dzieciństwa w agresji i upokorzeniu przynależy poczucie winy. Jest jakimś pseudowyjaśnieniem tego, co się wydarzyło. Dziecko myśli w prosty sposób: skoro coś złego spotyka mnie ze strony osób formalnie najważniejszych – rodziców, to znaczy, że jestem winny. Trzeba temu głośno i wyraźnie zaprzeczyć. Chciałem też zwrócić się do katów, żeby wiedzieli, że ofiara może odzyskać głos i upomnieć się nawet nie o karę, ale o sprawiedliwość.

Brak miłości bardzo boli, ale czasami krzywdę wyrządza też jej nadmiar, kiedy uczucie osacza. Dużo kobiet mówi dziś o tym, że synowie nadopiekuńczych matek nie nadają się na partnerów, potrafią jedynie brać…

Tomasz SOBIERAJSKI: Wiele matek zapomina o tym, że wychowują synów na mężów innych kobiet. Część panów przyjmuje w domu rolę szacha Iranu, któremu należy służyć. Tacy mężczyźni mogą nie wiedzieć, jak stworzyć partnerce poczucie bezpieczeństwa, ponieważ przez całe życie matki koncentrowały się tylko na ich potrzebach, nierzadko lekceważąc własne. Niestety, nie można liczyć na to, że z dnia na dzień staną się innymi ludźmi, bo matryca została zapisana i raczej nie da się jej zmienić.

Dużo dziś tzw. Piotrusiów Panów, którzy może i zastanawiają się nad tym, dlaczego nie wychodzi im z kobietami, ale nadal chcą być w centrum.

T.S.: Mało tego, oni czują się oszukani. Zakodowali sobie, że wszystkie kobiety powinny być takie jak rodzicielka. Zapominają o tym, że w tamtym układzie byli w roli syna, a nie partnera. Czują się skrzywdzeni, jeśli partnerka ma jakieś oczekiwania. Nie dostrzegają tego, że sami ranią. Szukają kobiet, na które zadziała postawa skrzywdzonego chłopca. Takich, które pochylą się nad nimi i uratują z opresji. Często znajdują, bo panie miewają, niestety, różne karkołomne pomysły na ratowanie facetów i zbawianie świata.

Paulina HOLTZ: I bywa, że swoje niezrealizowane uczucia lokują w synach. Tworzą sobie taki substytut związku z dorosłym mężczyzną. Kiedyś od koleżanki, której syn miał trzy lata, usłyszałam: „W moim związku jest słabo, ale właściwie już go nie potrzebuję. Sama zarabiam, mam syna, który jest we mnie wpatrzony jak w obrazek, zawsze mogę się do niego przytulić. Po co mi ten facet?”. Przeraziło mnie takie podejście, a to wcale nie jest odosobniony przypadek. To jest rodzaj jakiegoś wymiennictwa. Częściej dotyczy chłopców, bo oni w założeniu mają być dla tych kobiet wsparciem, jakiego nie dał im partner czy mąż.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »