Dlaczego strata musi boleć?

fot.123rf

Jak radzimy sobie ze stratą? Różnie, zwykle jednak zaprzeczając, bo nie potrafimy jej ani zrozumieć, ani przyjąć. Ucieczką jest też trwanie w smutku długie tygodnie czy lata albo rzucanie się w nowy związek czy pracę. O tym, jak mądrze żegnać ludzi i ważne dla nas związki, z psychologiem Pawłem Droździakiem rozmawia trenerka Renata Mazurowska.

reklama

Niewiele jest osób, których nie dotknęła w życiu jakaś strata – tracimy pracę, zdrowie, rozpadają się nasze związki, bliscy odchodzą lub umierają. Ostateczna strata, czyli śmierć, od samego początku wpisana jest w życie, ale na co dzień o niej nie myślimy, „nie pamiętamy”. Zauważam takie dwie postawy przeżywane współcześnie. Pierwsza to nieprzyjmowanie straty do wiadomości. Udajemy, że się nic nie stało, i po rozstaniu natychmiast wchodzimy w inną relację albo nawet będąc jeszcze w związku, gdy coś zaczyna się psuć, szukamy innego związku, na tzw. zakładkę…

Jedną z typowych reakcji na stratę jest dążenie do szybkiego jej anulowania albo kompensacji. Tendencja do natychmiastowego zastąpienia utraconego partnera kolejnym może wynikać z obawy, że nie będziemy w stanie w ogóle przeżyć uczucia smutku, tęsknoty czy poczucia porażki. Może to też być efekt specyficznego traktowania partnerów – raczej z perspektywy naszych potrzeb, które mają zaspokajać, niż jako konkretnych osób, z którymi coś niepowtarzalnego nas łączy. Może tu też występować pragnienie szybkiego zaprzeczenia tej niepowtarzalności. Jeśli natychmiast znajdujemy kogoś nowego, udowadniamy sobie, że ten poprzedni nikim specjalnym nie był. Nie chcemy przyznać, że był, bo to boli.

Druga postawa to nadmierne przeżywanie straty, wręcz nurzanie się w niej jako uzasadnienie dla niekonfrontowania się z życiem. Takie bolesne i długotrwałe przeżywanie straty związku jest dość bezpieczne, bo pozwala nie wchodzić w nowy, gdyż boimy się, że spotka nas ponowne cierpienie… Jednym słowem, mamy kłopot, żeby opłakać, że coś się skończyło, pożegnać się z tym i pójść dalej.

W temacie straty związku można mówić o trzech możliwych aspektach, które dla różnych osób mają różną wagę. Pierwszy to upadek wyobrażenia o tym, jak świat funkcjonuje. Mówimy wtedy coś w rodzaju: „Jak ona mogła odejść, tyle dla niej robiłem? Jak to możliwe, jak ten świat tak działa? To niesprawiedliwe” – czyli tak naprawdę strata dotyczy tego, czy świat jest spójny z jakąś regułą, która – jak myślimy – nim rządzi.

Na przykład reguła sprawiedliwości. Że za dobre otrzymamy dobre.

Właśnie. Mówimy wówczas na przykład: „Miał wyprane i wyprasowane, na fitness chodziłam, dbałam o siebie i o niego, seks z nim regularnie uprawiałam, a tu takie coś”, „Samochód jej kupiłem, a ona właśnie z nim w tym samochodzie…”. I tak dalej… Czyli dotąd myśleliśmy, że wiemy, o co chodzi w związku. Na przykład właśnie o samochód, gotowanie, seks, fitness, wierność małżeńską i tak dalej, ale oto nagle ziemia nam się usuwa spod nóg, bo wszystko to było, ale nie zadziałało. To tak, jakbyśmy nagle spotkali ducha. Nie możemy tego pojąć, bo to przychodzi z innego porządku. To narusza nasze poczucie bezpieczeństwa. Jeśli to, co robiliśmy w przekonaniu, że to oczywiste, jednak nie zapewnia gwarancji, to co ją zapewnia?

Druga forma straty jest wtedy, gdy wraz z końcem związku traci się jakąś część tożsamości, bo ona się opierała na byciu z tym kimś. Mówimy wówczas: „Ja bez niego nie istnieję”, „Bez niej moje życie jest bez sensu”. Czasem ten obraz siebie nie tyle się opiera na identyfikacji z konkretną osobą, co na jakimś wyobrażeniu o własnej wyjątkowości. Mówi się wówczas coś w rodzaju: „Mnie się nie porzuca”, „Nie będzie jakiś facet decydował, czy ze mną będzie czy nie”.

I trzecia strata – tracę rzeczywiście rodzaj przywiązania, miłości. Tęsknię za tą osobą.

Te trzy straty bolą różnie. I różnie też próbujemy sobie z nimi poradzić. Jedni poszukują od razu nowego partnera, drudzy uciekają w pracę albo inną hiperaktywność, ale też korzystają z szerokiej oferty „przemysłu rozwodowego”, którego propozycja polega na zamienieniu depresji w agresję.

Ciągnące się latami sprawy rozwodowe, sprawy o majątek, o widzenie się z dziećmi…

Czyli: „Zamień człowieka, za którym tęsknisz, na wroga, walcz z nim”. On musi zostać zmiażdżony, ma odczuć, jak bardzo cię zranił. Im bardziej nakręcasz się nienawiścią, tym mniej bólu odczuwasz. Rynek prawniczy i detektywistyczny, a nawet część oferty pomocy psychologicznej podpowiada ludziom takie rozwiązania, często przynoszące więcej szkody niż pożytku, bo w gruncie rzeczy prowadzą one do nakręcania konfliktu tam, gdzie jeszcze można byłoby coś uratować. Jeśli nie sam związek, to przynajmniej to, co po nim zostaje. Zamiast tego proponuje się zdefiniowanie traconej osoby jako wroga i zniszczenie go. Do pewnego momentu to nawet pozornie pomaga, bo nie czuje się smutku, gdy się walczy, ale niestety wiąże się to z destrukcją świata wspólnych dzieci, z całkowitym zniszczeniem wszystkich intymnych wspomnień.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »