Dlaczego tak ważna jest obrona swoich granic?

fot. iStock

Dlaczego czasem tak trudno nam postawić granice?

reklama

Często powodem jest zaniżona samoocena. Żyjemy w przekonaniu, że tacy, jacy jesteśmy, z naszymi wartościami i osobowością, nie zasługujemy na to, by inni chcieli z nami być. Próbujemy więc zrobić coś więcej, zasłużyć na to, by nas lubili.

A nie jest tak, że najbardziej lubiani są ci, dla których nie jest problemem, że ktoś się spóźni czy o czymś zapomni?

Nie wiem, czy są lubiani, bo to zależy od wielu czynników. Na pewno są wygodni. Nie do końca też wierzę, że im jest tak całkowicie i zawsze wszystko jedno, że za każdym razem im pasuje. Myślę, że często nie protestują, bo sądzą, że nie mają innego wyjścia. Pozwalają się źle traktować, licząc na to, że ktoś ich doceni. A będzie odwrotnie, co jeszcze obniży ich niską samoocenę. Powstanie błędne koło. Oczywiście, nie mówię, żeby popadać w drugą skrajność i spędzać życie z nosem przy ziemi, węsząc, czy ktoś przypadkiem nie chce nas wykorzystać. Dorosły człowiek potrafi się wykazać pewną elastycznością. Mnie chodzi o to, by nie przesadzać z gotowością do dopasowywania się.

Czy jeśli pozwalamy, by ktoś nas lekceważył, ryzykujemy, że inni pójdą w jego ślady? W myśl zasady: „Jeśli ona wciąż pożycza Zenkowi pieniądze, mimo że on nie oddaje na czas, to pewnie nic się nie stanie, jeśli ja też się o tydzień spóźnię”.

Oczywiście. Może nie kiedy jedna, ale gdy wiele osób traktuje kogoś w ten sam sposób, to my zaczynamy się zastanawiać, czy nie ma w tym jakiejś racji.

A jak to wygląda w życiu zawodowym? Szefowie bywają różni, a pracę nie tak łatwo zmienić, więc często można usłyszeć, że ktoś godzi się na złe traktowanie z lęku przed zwolnieniem. A może właśnie, jeśli się postawi, poprawi swoją pozycję?

Niestety, nie ma na to gwarancji. Jestem przekonana, że warto stawiać granice, ale nie chcę też opowiadać bajek, że każdy szef nas dzięki temu doceni. Czasami trafiamy w tak toksyczne środowisko, że nasz sprzeciw może rzeczywiście skończyć się utratą pracy. Na pewno więc nie będę przekonywać, np. osób w trudnej sytuacji finansowej, żeby stawały do walki z przełożonymi.

Co poradzisz tym, które będą chciały się zbuntować?

Żeby zastanowiły się nad celem. Jeśli np. szef regularnie odnosi się lekceważąco do swoich pracownic, to moim celem nie będzie zmiana jego stosunku do kobiet, tylko to, by powstrzymał się od nieprzyjemnych uwag w mojej obecności. Oczywiście, gdyby to miał być mój przyjaciel czy mąż, interesowałyby mnie jego osobiste poglądy i wartości. Zależałoby mi na tym, żeby były podobne do moich, jednak jeśli chodzi o osoby z pracy, taka zgodność nie zawsze jest możliwa. Mogę jednak spokojnie i grzecznie poprosić szefa, żeby w rozmowie ze mną używał innych słów. W budowaniu swoich granic nie chodzi o to, by zmieniać innych ludzi, tylko by wysyłać jasny komunikat o tym, jak chcemy być przez nich traktowani. Nie każmy im się tego domyślać. Nie ma co liczyć, że ktoś do nas przyjdzie i powie: „Wygodnie ci się siedzi w tym kąciku? Bo ja przygotowałem dla ciebie tron”.

Małgorzata Liszyk-Kozłowska jest psychoterapeutką i autorką książek: „Życie we dwoje”, „Lepiej żyć po swojemu” i „Skąd się biorą dorośli”. Prowadzi Pracownię Rozwoju Osobistego „Maliko”.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »