Feedback: sposób na mądre wyjście z porażki

fot.123rf

Czy dawnych mistrzów zastąpili dziś coachowie? Po co w firmach są mentorzy? I dlaczego oprócz działania tak ważna jest refleksja? Psycholożka i trenerka Joanna Heidtman wyjaśnia, dlaczego zamiast inwestować w nową wiedzę, lepiej jest nauczyć się umiejętnie wyciągać wnioski z tego, co nam się przydarza.
Dawniej, jeszcze w pokoleniu naszych rodziców, niemal w każdym zawodzie uczeń uczył się od mistrza. Tak było w szewstwie, krawiectwie, ale i aktorstwie, malarstwie, dziennikarstwie. Uczyliśmy się od starszych i bardziej doświadczonych. Dziś od razu po szkole mamy być gotowi do zawodu.

reklama

Zmieniły się możliwości i sposoby uczenia się. Kiedyś istniał tzw. świat nieocenionych przodków – młodszy uczył się od starszego i bardzo dobrze to funkcjonowało. Dlaczego? Ponieważ z pokolenia na pokolenie nie zmieniało się prawie nic: ojciec kowal miał syna kowala i syn tego syna też zostawał kowalem. Gdy świat zaczął przyspieszać, a ludzie stali się bardziej mobilni i zaczęli migrować, np. do Stanów Zjednoczonych „za chlebem” – ich dzieci w zupełnie nowym i nieznanym rodzicom środowisku musiały się uczyć od rówieśników. Oderwane od swoich korzeni, patrzyły na to, co robią osoby w ich wieku. To, co potrafili i wiedzieli ich rodzice i dziadkowie, miało mniejszą przydatność w nowym otoczeniu. Teraz jest jeszcze inaczej – nastąpił etap „kultury postfiguratywnej”, w której to rodzice uczą się od dzieci. Przy całym szacunku dla rodziców i starych mistrzów – technologie tak szybko się zmieniają, że dla naszych dzieci świat, w którym my wzrastaliśmy, już nie istnieje – jest zupełnie inny.

Ale tęsknota za mistrzem pozostała, ludzie chcą wiedzieć od „kogoś większego”, jak żyć, co jest ważne, jak odnieść sukces, być w czymś dobrym.

I ta tęsknota, i chęć powinny istnieć. Mistrzowie także. Mówię to także z pozycji osoby, która w sposób naturalny przechodzi od roli ucznia do bycia mentorem. To naturalny proces z dwóch powodów. Po pierwsze, z czasem, jeżeli coś robimy zawodowo z pasją, to nabieramy doświadczenia i chcemy je przekazać jako spuściznę, pragniemy to oddać innym. Ale jest jeszcze drugi powód – ten „mistrz” dzisiaj, często jako coach czy trener, nie uczy nas przecież w sensie przekazywania informacji, ale pomaga wyrabiać w sobie pewną postawę. Wspiera motywacyjnie, inspiruje. Jest jak lina asekuracyjna podczas wspinaczki. Ubezpiecza nas w trudnej wędrówce na szczyty.

Ale to my się wspinamy.

Właśnie! Po co w firmach i organizacjach są mentorzy? I ci formalni, i ci nieformalni. Nie po to, by przekazać konkretną wiedzę – choć i to się może zdarzyć – ale po to, by gdy młody człowiek się potyka i miewa różne dylematy, pomóc mu przez to przechodzić. Podtrzymać jego motywacje w chwilach zwątpienia. Mentor sam przeszedł kiedyś te trudne momenty i już sobie z nimi poradził.

Zdobywać wiedzę możemy dziś z różnych źródeł – są szkolenia, studia, kursy, książki, wykłady, Internet – ale uczenie się jest dziś czymś więcej, oparte jest na konstruktywnych emocjach, a to, jak z nich korzystać, nauczyć nas może właśnie mistrz, przewodnik, bo już tego doświadczył, już przeżył. Im bardziej nastawiamy się na szybką ścieżkę rozwoju w życiu zawodowym, tym bardziej taki mistrz nam jest potrzebny.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »