Filmoterapia „Toni Erdmann”: Groteska w roli rozbrajacza

fot. materiały prasowe

Kochający ojciec, żeby zbliżyć się do wiecznie zabieganej córki, wciela się w postać fikcyjnego coacha osobistego. Wraz z Grażyną Torbicką sprawdzamy, jaka lekcja psychologiczna płynie z filmu „Toni Erdmann”, triumfatora Europejskich Nagród Filmowych 2016.

fot. materiały prasowe
fot. materiały prasowe

reklama

Co myślisz o tej filmowej relacji: Winfried – ojciec, emerytowany nauczyciel gry na pianinie, i Ines – córka, pracująca za granicą jako konsultantka w wielkiej korporacji. Zderzenie dwóch światów?

Ines w pewnym momencie swojego życia postawiła na karierę. Postanowiła pójść własną drogą, uniezależnić się. Zostawić za sobą dzieciństwo i sentymenty związane z ojcem. Na nowo buduje swój świat. Wchodzi w korporacyjny system i czuje się tam dobrze. Jednak kiedy spotykają się na rodzinnym przyjęciu, Winfried dostrzega, że córka jest niemal nieobecna. Cały czas uwiązana przy telefonie. Co jest dla niej najważniejsze? To, żeby sprawdzać się w oczach, nie swoich, tylko jej pracodawców. Potrzebuje akceptacji z zewnątrz, ze strony przełożonych. Dopiero to daje jej poczucie wartości. Winfried przeczuwa, że coś ważnego jej ucieka. Ines żyje tylko korporacyjnymi problemami, a nie swoją wrażliwością czy własnymi emocjami. Podporządkowuje się temu, czego oczekują od niej inni. Wtedy właśnie do akcji wkracza ojciec.

Żartuje, że zatrudnił zastępczą córkę, bo jego własna nie ma czasu. Dla mnie to bardzo filmoterapeutyczne, jakbym słyszała mojego ojca. Winfried, żeby zbliżyć się do córki, wymyśla fikcyjną postać, coacha osobistego Toniego Erdmanna. Co wnosi do ich życia? 

Udaje kogoś innego. Dzięki temu przełamuje wszelkie schematy. Nawet trochę kompromituje córkę przed szefami, czyli dotyka punktu, który jest dla niej najczulszy. Próbuje zmusić ją do spojrzenia na własne życie z zewnątrz. Stąd nowe wcielenie ojca – postać Toniego Erdmanna, do którego Ines powoli się przyzwyczaja. To jest pierwszy krok do sukcesu i szansa na jej „nawrócenie”.

Scena, gdy Ines z Winfriedem zaczynają razem śpiewać, jest kluczowa. Widać odnowioną relację, połączenie, które się zrodziło. Tam odbudowała się relacja ojciec–córka. Tata, który gra na fortepianie, i mała dziewczynka, śpiewająca na życzenie taty. I wspaniały utwór „Greatest Love Of All” Whitney Houston. Ines wykrzykuje w tej piosence wszystko, co było w niej głęboko ukryte. Z czego chciała być może podświadomie zrezygnować: z uczuciowości, z wrażliwości. Ta scena wydobywa wszystkie te emocje.

Bardzo mnie to poruszyło. Ines śpiewa: „Znalazłam najwspanialszą z miłości w sobie. Pokochanie siebie jest najwspanialszą z miłości. A jeśli ta ścieżka zaprowadzi cię do samotności, czerp siłę z miłości”.

To jest to! Bo miłość do siebie polega na zaakceptowaniu samego siebie. Postępowaniu w zgodzie ze sobą. Ines idzie przez życie wbrew wrażliwości, jaką wyniosła z domu. Wbrew temu, co dał jej ojciec. A on poprzez swoje żarty i dziwne zachowanie próbuje jej to pokazać.

Seans psychoanalizy z elementami terapii śmiechem dla widzów?

Za sprawą postaci Toniego Erdmanna mamy tutaj masę groteskowych, surrealistycznych i zabawnych sytuacji. Ale one służą temu, żeby został podjęty bardzo istotny we współczesnym świecie temat relacji rodzinnych. Jak wygląda kontakt młodego pokolenia, idącego drogą kariery, z rodzicami? Gdzie w tym wszystkim miejsce na głos starszego pokolenia, które chciałoby pielęgnować wrażliwość dzieci na otaczający ich świat? Z jednej strony, oglądając ten film, często się śmiejemy. Jednak w ostatecznym rozrachunku, po jego zakończeniu, pozostaje głęboka refleksja. Bardziej dramatyczna niż komiczna. Ines dalej będzie się realizować zawodowo, ale jednocześnie dostrzegła prawdziwe życie. Już wie, że zawsze może stanąć przy fortepianie i zaśpiewać. To również buduje ją i wzbogaca. Nie tylko praca.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »