Francuski coaching – sposób na realizację marzeń?

fot.123rf

Życie jak film. Paryż i Nowy Jork, miłość, zwycięstwa i klęski.
Kamila Kubiak nauczyła się osiągać swoje cele, a pomaga jej w tym
ChouChou. Dziś namawia inne kobiety do realizacji marzeń.

Paryż. Jedna z najlepszych agencji reklamowych: TBWA/PARIS i ja jako art director. Było to miejsce magiczne – jak z filmu „Diabeł ubiera się u Prady”. O dziewiątej w pracy, a jak kogoś nie było – dywanik u szefa. Trzy spotkania z szefem i pakujesz manatki. Pracowaliśmy niekiedy do czwartej nad ranem, ale ta ciężka praca była połączona z wielką przyjemnością, fantastycznymi ludźmi i projektami. Miałam ułożone życie: pracę, świetną pensję, mieszkanie i mężczyznę, który twierdził że kocha mnie ponad wszystko. Ale tliło się we mnie inne pragnienie: chciałam spróbować sił w Nowym Jorku. A mam zasadę, że o swoich marzeniach mówię głośno i wszystkim dookoła. Świat o nich wtedy słyszy i usłyszą ludzie, a wbrew temu, co się powszechnie mówi, ludzie ludziom pomagają. Więc tak chodziłam i gadałam, aż pewnego dnia moja szefowa powiedziała, że jest wolne miejsce w naszym oddziale w Nowym Jorku. I nagle bardzo trudno było mi podjąć decyzję, zostawić wszystko w Paryżu. Szefowa wysłała mnie do swojej coacherki Manuelle. Przeszłam coś, co całkowicie zmieniło moje życie. Do Nowego Jorku pojechałam, i wróciłam – ale nie to okazało się najważniejsze.

reklama

Manuelle najpierw zadała mi pytanie, czy wiem, czego chcę. Tak, chcę pojechać do Nowego Jorku, ale… nie wiem, czy sobie poradzę. Powiedziała wtedy: „Słonia nie da się zjeść w całości. Trzeba podzielić go na elementy i opracować kolejność zjadania”. Rozpisałyśmy mój wyjazd na etapy – kawałki słonia – ułożyłyśmy po kolei wszystkie działania, które powinnam wykonać. Manuelle stosowała w swoim coachingu taką oto metodę: nakładała mi na prawą rękę szmatkę z gumką, abym pamiętała cel, jaki ustaliłyśmy na miesiąc. Musiałam wpisywać na szmatce każdy kolejny etap – aby cały czas pamiętać, co mam zrobić, bo wprawdzie z coachingu wychodzimy pełni energii, ale już po dwóch dniach nie pamiętamy, co było ważne. Szmatka ma o tym przypominać. A gumka recepturka jest po to, aby boleśnie z niej strzelać, kiedy najdzie mnie myśl, że sobie nie poradzę. Szmatka coraz bardziej się dematerializowała – ulegała zniszczeniu. I tak miało być, bo im bardziej ona była zniszczona – tym bardziej ja zbliżałam się do celu.

Nowy Jork, Moskwa, Warszawa

Wreszcie pojechałam do Nowego Jorku, a ze swoim partnerem umówiłam się, że wrócę po dwóch latach. Dotrzymałam słowa, on tymczasem dostał pracę w Moskwie. Pojechałam tam za nim i… to był koniec miłości. Nasz związek przetrwał rozstanie, moją pracę w Nowym Jorku, ale tak jak Napoleon i Hitler – tak i my nie daliśmy rady Moskwie. To nie jest miejsce dla kobiety z cywilizowanego świata, nasza mentalność, to, że nam nie trzeba nosić torebki, że możemy zrobić to same, że zarabiamy własne pieniądze – to jest tam nie do przyjęcia. Rosjanki są bardzo piękne, ale ich jedyna możliwość, żeby żyć i zaistnieć, to znaleźć bogatego mężczyznę. Bywało, że nasi koledzy byli wpuszczani do klubu nocnego, a my, kobiety z zagranicy – nie. Źle się tam czułam, nie chciałam tam zostać.

Wróciłam do Polski, ale świat reklamy nie różnił się tu wiele od rosyjskiego. Pracowałam, zarabiałam duże pieniądze, szmatkę i recepturkę dawno wrzuciłam do szuflady i stopniowo popadałam w depresję. To był ciężki czas w moim życiu – okres dogorywania. Teraz wiem, że przegapiłam moment, w którym marzenie – moja praca – stało się kieratem. Miałam 34 lata, zarabiałam znakomicie. Co z tego? W każdy piątek zaraz po pracy jechałam taksówką na Okęcie, łapałam pierwszy możliwy samolot, uciekałam. Leciałam do europejskiej stolicy, aby rzucić się w wir zakupów. Łudziłam się, że uszczęśliwią mnie przedmioty, które kupię. A potem taszczyłam lampy, półki, wysyłałam w paczkach, a kiedy przychodziły pudła – nie miałam chęci ich otworzyć. Buty kupowałam hurtowo – oczekiwałam, że pantofle i czółenka zapewnią mi szczęście. Przeszłam swojego rodzaju syndrom prostytutki – one wydają podobno wszystkie pieniądze, jakie zarobią, w nadziei, że odkupią sobie stracony czas. Było mi źle, ale nie wiedziałam, co mogłabym robić innego. Rzucić pracę? Za co będę żyć? Na szczęście zareagował mój organizm – odmówił mi posłuszeństwa. Przyszła noc, kiedy nie mogłam spać z bólu, rano poszłam do lekarza, stwierdził stan przedzawałowy. Dostałam zwolnienie – trzy tygodnie bez pracy. I zrozumiałam, że nie jestem w stanie do niej wrócić. Kiedy tak leżałam, przyszło wspomnienie coachingu – Manuelle nauczyła mnie przecież, co trzeba robić w trudnych chwilach. „Zawsze masz wybór” – mówiła. – „Jeśli czujesz, że coś ci nie odpowiada: powiedz »nie«”.

„To jest ten moment” – powiedziałam i dałam sobie prawo do wolności. „To nie moje miejsce”. A gdzie ono jest? To inna sprawa.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »