Jak podejmować ważne decyzje?

fot. iStock

Wiele możliwości, szans, propozycji, nowych otwarć. I to kusi, i to nęci, a na coś trzeba się zdecydować. Chcemy mieć jedno, nie tracąc drugiego. Czy tak się da?

Marta, lat 35, z wykształcenia romanistka, z zawodu właścicielka firmy PR. Singielka, ale – jak mówi o sobie – tymczasowa, bo ma w planach małżeństwo i dzieci.

Kiedy? Tego nie jest w stanie przewidzieć. Bo gdy już wydaje się jej, że znalazła tego właściwego mężczyznę, zaraz nachodzą ją wątpliwości: czy ktoś, kto myśli tylko o wieczornym piwku i wyjazdach na mecze Legii, może być dobrym mężem? No chyba nie. A czy facet – inny – który nie splamił się ugotowaniem wody na herbatę, może być dobrym ojcem? Skądże! Ostatni rokował najlepiej – wstawał rano po bułki, nawet nieźle gotował, ale co z tego, jak cały dom trzeba było potem odgruzowywać. Odpadli w przedbiegach wszyscy trzej. Chwilowo dała sobie spokój z facetami. Może przecież zdecydować się na dziecko bez stałego związku. W końcu nie jest taka stara.

Marta wymownie bębni długimi, wypielęgnowanymi paznokciami, każdy w innym kolorze. Ale to nie hybryda, wyjaśnia. Hybrydowy lakier szkodzi paznokciom. Ona stosuje tylko to, co zdrowe. Umalowana, włosy w modnym nieładzie, szara luźna sukienka. Nie wygląda na swoje lata? Ale to nie dzieje się samo. Dba o siebie. Codzienna gimnastyka, dwa razy w tygodniu siłownia, raz w miesiącu wizyta w gabinecie medycyny estetycznej. Gdyby zdecydowała się na dziecko, musiałaby z tego wszystkiego zrezygnować. Wie, co mówi. Kilka dni temu wpadła do niej przyjaciółka z półrocznym synkiem Kajetanem. Do niedawna najbardziej zadbana kobieta, jaką Marta zna, zawsze odpicowana, wypachniona, z najmodniejszą torebką na ramieniu. A teraz? Tłuste włosy, połamane paznokcie, zero makijażu, poplamiona bluza. Osobny temat to jej synek. Dopóki spał, był najsłodszym bobasem pod słońcem. Ale gdy tylko otworzył oczy, a otworzył po półgodzinie, zaczął się wydzierać wniebogłosy. Cycek uspokoił go tylko na chwilę. Potem noszenie na rękach, żeby mu się odbiło. Przewijanie, bo kupka. Zmiana kaftanika, bo mu się ulało. Przyjaciółka cała w mleku, fuj. Kiedy po dwóch godzinach zasnął, Asia przyznała, że czasem ma ochotę go udusić. Marta zobaczyła zresztą na własne oczy, jak przyjaciółka potrząsa nim z całej siły, z wściekłością. Asia powiedziała jej, że nigdy nie czuła się tak samotna i bezradna. Jej chłopak zarabia na całą trójkę, ciągle w rozjazdach.Na rodziców też nie może liczyć, ma chorą mamę, tata znalazł sobie młodszą. Czuje się ubezwłasnowolniona.

I to ma być ta pełnia szczęścia? Marta ma wątpliwości. Ale z drugiej strony wie, że coraz więcej kobiet w jej wieku ma problemy z zajściem w ciążę. Dlatego się miota. Między decyzją na tak – bo mama powtarza, że zanim umrze, chciałaby poznać wnuka, bo znajoma ginekolożka zachęca, że im wcześniej, tym większe szanse, bo ściska ją w dołku na widok matek z dziećmi – a decyzją na nie, do której skłania ją przykład Asi i zaryczanego Kajetana. A przede wszystkim cisza jej wymuskanego apartamentu, czas na kino, wakacje, siłownię i niehybrydowe paznokcie, które trzeba malować co kilka dni.

Marcie śniło się ostatnio, że rodziła w męczarniach. Obudziła się zlana potem. Więc poczeka. Ma czas, jeszcze parę lat. Jej siostra cioteczna urodziła pierwsze dziecko w wieku 42 lat. Można? Można.

Karolina, lat 49, potrójna magister: psychologii i prawa na UW oraz grafiki na ASP, doktor filozofii na Oksfordzie. Wzięta graficzka w znanej firmie reklamowej. Rozwódka.

Podjeżdża pod kawiarnię na Powiślu na oldskulowym białym rowerze z koszykiem przy kierownicy. Cała w czerni: dresy, converse’y, bejsbolówka, torba listonoszka, tylko słuchawki w uszach białe. Każdy szczegół najwyższej jakości. Ale bez ostentacji. Żadnych widocznych metek i logo. Daje ręką znać, że kończy rozmowę. Płynny angielski przerywany perlistym śmiechem przykuwa uwagę całej kawiarni. Przeprasza, musiała odebrać, bo amerykański wydawca zaraz ma lunch, a to sprawa niecierpiąca zwłoki. Od znajomej z Oksfordu, która teraz pracuje dla tej firmy, dostała propozycję pracy. Ale bez nazwisk i szczegółów, żeby nie zapeszyć. Może powiedzieć tylko tyle, że to pierwszoligowy tygodnik. Propozycja dotyczy czegoś zupełnie nowego, czego jeszcze nie robiła, czyli pisania o Europie Wschodniej. Kusi bardzo.

To mogłaby być scena z filmu o pięknej Polce bez kompleksów. Która jeszcze za komuny kończy trzy prestiżowe kierunki, potem wyjeżdża na studia doktoranckie do samego Leszka Kołakowskiego. Która broni pracę z najwyższą notą i dostaje propozycję zostania na Oksfordzie. Ale wraca do Polski, bo od początku lat 90., w nowym ustroju, otworzył się worek z możliwościami. Ona wybiera ważne stanowisko w spółce skarbu państwa, gdzie zarabia wielkie pieniądze. Kupuje mieszkanie, samochód, inwestuje w nieruchomości.

Film o niej? Wybucha śmiechem. Jej życie tylko z boku wygląda tak atrakcyjnie. W rzeczywistości to krew, pot i łzy. Nieustanne zwątpienie w sens tego, co robi. Ciągłe pytania zadawane sobie samej: „Może moje miejsce jest gdzie indziej?”. Tak, ma wielki problem z wyborami. A właściwie z wytrwaniem w tych wyborach. I to od dziecka. Wszystkiego głodna, ciekawa, wszystkiego chciała spróbować. A może powód jej niezdecydowania jest bardziej prozaiczny? Po prostu nigdy nie miała jednej pasji, która pochłaniałaby ją bez reszty. Wyborów nie ułatwiał fakt, że w szkole wszystko przychodziło jej łatwo. Dlatego poszła na najbardziej oblegany wtedy kierunek – na psychologię, a potem na drugi w tym rankingu – na prawo. Grafika? Taki kaprys. Test, czy sprawdzi się w artystycznej dziedzinie, bo rysowanie zawsze sprawiało jej wielką radość. Zanim pojechała do Oksfordu, przeszła jej przez głowę myśl, że może zrobi aplikację sędziowską. Ale szybko zrezygnowała z tego pomysłu. Musiałaby osiąść na jakiś czas w jednym miejscu, zajmować się jednym i tym samym. Wiedziała już, że to ją zupełnie nie kręci.

Studia w Oksfordzie okazały się wspaniałym, twórczym rozdziałem w jej życiu. Poznała tęgie umysły z całego świata, napisała pracę doktorską, zakorzeniła w praktyce swój angielski. Same plusy. Ale kiedy znajomy ponaglał, żeby wracała, bo w Polsce czeka mnóstwo pracy, nie zawahała się ani chwili. Mimo że wyjazd oznaczał rezygnację z rozpoczętej właśnie pracy naukowej na Oksfordzie. I rozłąkę z niedawno poślubionym kolegą z uczelni Tonym, Anglikiem. Związek nie przetrwał tej próby, rok później wzięli rozwód.

Tworzenie rzeczywistości w wolnej Polsce to dopiero było coś! Karolinie świecą się oczy, załamuje się jej głos. Dlaczego więc odeszła do reklamy? Bo dopadły ją podziały, konflikty, czyli polityka w najczystszej postaci. A w agencji miała wyluzowanych współpracowników indywidualistów, nienormowany czas pracy i poczucie wpływu, bo reklamy jej autorstwa oglądała cała Polska. Miała czas na pracę w organizacjach feministycznych, ekologicznych, w tym na rzecz zdrowego odżywiania dzieci. To między innymi ona wywalczyła to, że zniknęły drożdżówki i batony ze sklepików szkolnych. Wracają? Trudno. Ona wyjeżdża. Świat to globalna wioska, za oceanem też można wiele zdziałać dla Polski.

Kiedy wysyłam jej do przeczytania tekst o niej (szczegóły zmienione), dopisuje postscriptum: „A może nie mam problemów z wyborami, tylko przed czymś uciekam?”.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »