Jak się starzejesz? Czy czas działa na twoją korzyść?

fot.123rf

Nie da się ukryć, starzejemy się. Ale to od nas zależy, czy przyjmiemy ten fakt z lękiem, w zaprzeczeniu, czy w procesie akceptacji. Każdy wiek ma swoje ograniczenia, ale i przywileje. Na wszystko jest odpowiedni czas. I to jest piękne!
Ktoś mądry porównał życie kobiety do domu i ogrodu: pierwsza połowa, tak gdzieś do czterdziestki, to czas pielęgnowania ogródka, w drugiej dbasz przede wszystkim o wnętrze swojego domostwa. Tak to wymyśliła natura. Do okresu menopauzy hormony dopingują nas do dbania o innych: troszczenia się, zaspokajania potrzeb. Po czterdziestce, kiedy spada poziom oksytocyny, za to testosteron ma się całkiem nieźle, zaczynamy dbać przede wszystkim o siebie. I to jest dobra wiadomość.

reklama

Straty i zyski

Fizyczna więź z matką – to pierwsze, co tracimy. Od chwili, kiedy położna przetnie pępowinę, rozpoczyna się proces strat. Lęk przed stratą to zawoalowany lęk przed śmiercią. Na przestrzeni lat tracimy pieniądze, obiekty miłości, przyjaciół, pracę, przekonania, iluzje, a także złudzenia na własny temat. Kiedy mamy 20, 30, 40 lat – strata dotkliwie rani. Bilans życia, który większość z nas robi koło czterdziestki, to najtrudniejsze doświadczenie, które po raz pierwszy tak dotkliwie ukazuje, ile rzeczy, spraw, możliwości zostaje poza naszym zasięgiem. Wiele kobiet w tym wieku zapada na depresję. Te, które pojawiają się w moim gabinecie, skarżą się na zniechęcenie, przerażenie, poczucie, że ich życie stanęło w miejscu, że dawne pasje, marzenia i oczekiwania już się zdezaktualizowały, a nowych jeszcze nie ma. Potem jest łatwiej, bo z poczuciem straty pojawia się przeczucie czegoś nowego.

Od kilku lat, ilekroć coś mi się nie uda, umknie mi jakaś szansa, pryśnie jakaś nadzieja, po chwili smutku pojawia się pytanie: „Czy to naprawdę było dla mnie ważne, czy rzeczywiście tego chciałam?”. Zachłanny apetyt na świat, tak charakterystyczny dla młodych, chęć walki o wszystko, co wymyka się z rąk, zostaje zastąpiony zgodą na to, że coś się kończy bądź nas omija, i przyjęciem nowego – z wiarą, że wszystko, co się pojawi, będzie dla nas dobre. Czasami tak trudno wytłumaczyć osobie, która właśnie straciła przyjaźń, pracę, pieniądze czy ważny związek, że jedyne, co ma do zrobienia, to przeżyć żałobę po stracie i otworzyć się na nowe szanse.
Młodzi w takich wypadkach najczęściej dewaluują to, co stracili, bo wtedy łatwiej jest im się z tym pogodzić. Wraz z doświadczeniem życiowym przekonujemy się, że czas, ten nieubłagany, nieprzekupny, nie do zatrzymania – tak naprawdę leczy rany. Pozwala nam z szacunkiem, a nie w złości lub rozpaczy, pożegnać stare i przywitać nowe.

Ciało – wróg czy przyjaciel?

Do czterdziestki nasze ciało cierpliwie znosi wszystkie przewinienia: brak snu i ruchu, złą dietę, używki. Po czterdziestce nie ma zmiłuj się. Myślę, że jest to związane nie tylko z faktem, że „zaniedbane” ciało coraz głośniej krzyczy, ale także z tym, że nastaje w naszym życiu czas pielęgnacji wnętrza domostwa. Sprawy świata zewnętrznego w naturalny sposób przestają zaprzątać naszą uwagę. Kierujemy się bardziej do wewnątrz. Kiedy pytam trzydziestolatkę, dlaczego lubi biegać albo ćwiczyć w siłowni, zwykle słyszę, że po prostu dba o kondycję albo że lubi się zmęczyć. Po czterdziestce nasze ciało upomina się o świadomy ruch – inaczej choruje. Kiedy zaczynamy podążać za tym, co w ciele, okazuje się, że strata przysycha i pojawiają się nowe szanse albo coś, co wydawało się najważniejsze na świecie, nie jest wcale takie ważne. Z biegiem czasu stajemy się coraz bardziej zintegrowane, wewnętrznie spójne.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »