Jak uzdrowić swój własny świat?

fot.123rf

Globalne demony wyrastają z osobistych. To właśnie one powodują bezmiar cierpienia w postaci wojen, dyskryminacji, chciwości, nienawiści, niszczenia środowiska, głodu i chorób. To, co nieuzdrowione w nas, pojawia się jako zewnętrzny demon – mówi Tsultrim Allione.
Nie wierzymy w demony. Kiedy jednak słyszymy, że kogoś „dręczą jego demony”, że „opętał ją demon zazdrości”, że zmagamy się z demonami pracoholizmu czy zakupoholizmu, wiemy, o co chodzi.

– Demony to nie duchy, gobliny czy sługi szatana. Demony są w nas – mówi Tsultrim Allione. – To nasze obsesje, lęki, przewlekłe choroby, depresja czy uzależnienia. To troski i problemy, które nie pozwalają doświadczać spokoju i radości. Są jak sabotujący nasze najlepsze intencje. Tak naprawdę demony są częścią umysłu, a to oznacza, że nie są obdarzone niezależną egzystencją – wyjaśnia Tsultrim. Ponieważ jednak dla umysłu są rzeczywiste, więc podejmujemy z nimi walkę. Nawyk walki dodaje demonowi sił, zamiast go osłabiać. Jedyny sposób, aby przetransformować energię uzależnienia, wstydu, niepokoju, lęku i złości w energię wyzwolenia, to nakarmić te wewnętrzne siły, zamiast z nimi walczyć, ignorować je albo wypierać.

Oto mamy rewolucyjną metodę rozwiązywania wewnętrznych i zewnętrznych konfliktów, prowadzącą do psychologicznej integracji, wewnętrznego spokoju i wyzwolenia. Jest prosta, zrozumiała i skuteczna. Dla każdego. Nie trzeba znać buddyzmu ani medytować. Każdy wewnętrzny demon może stać się naszym strażnikiem, opiekunem i sprzymierzeńcem. Metoda sięga tradycji buddyjskiej XI wieku i wywodzi się od nauk joginki Maczig Labdron o karmieniu wewnętrznych i zewnętrznych wrogów. Tsultrim zgłębiała tę tradycję, wypróbowała ją na sobie i przystosowała do warunków współczesnego życia. Od 25 lat uczy jej w Stanach i w Europie.

Siła akceptacji

Te nauki stały się punktem zwrotnym w jej życiu. Po raz pierwszy doświadczyła ich siły, gdy stanęła wobec rodzinnych wyzwań. Mieszkała wówczas z drugim mężem we Włoszech. Pięć lat minęło od śmierci ich córeczki Chiary, która zmarła jako niemowlę. Jej małżeństwo rozpadało się z powodu zdrad męża i problemów wynikających z jego nałogów. Procedura rozwodowa stanęła w martwym punkcie z powodu sporu dotyczącego opieki nad synem. Włoskie prawo mówiło, że jeśli chce opiekować się Cosem, musi pozostać we Włoszech – nie wolno jej było wyjechać z synem bez zgody jego ojca. A on jej nie udzielał.

– Konflikt był powodem wielkiego napięcia między nami i wydawało się, że żadne rozwiązanie nie jest możliwe – mówi Tsultrim. – Postanowiłam nakarmić swoje demony.

W wyobraźni zaprosiła demona lęku i swojego męża. I zaczęła – także w wyobraźni – karmić swoich „gości” nektarem miłości i akceptacji.

– Karmiąc ich, przestałam z nimi walczyć – opowiada. – Gdy już się nasycili, poczułam, że uwolniłam się od napięcia: ja przeciwko tobie. Kładłam się spać ze spokojem, którego nie doświadczyłam od wielu miesięcy. Następnego ranka zadzwonił mój mąż z pytaniem, czy moglibyśmy się spotkać. Nigdy nie zapomnę tej rozmowy. Siedzieliśmy w salonie w naszym dawnym wspólnym mieszkaniu, przez otwarte okna wlewało się słoneczne światło. „Wczoraj wieczorem coś się we mnie zmieniło – powiedział. – Postanowiłem, że pozwolę ci wyjechać z Cosem do Stanów. Zrozumiałem,
że nie byłem wobec ciebie w porządku i że wiele wycierpiałaś. Wierzę, że ułatwisz mi utrzymywanie kontaktów z Cosem i że pozwolisz mi uczestniczyć w jego życiu na tyle, na ile to będzie możliwe”. Patrzyłam na niego ze zdziwieniem i niedowierzaniem. To tak jakbym wypuściła swój koniec liny, a wtedy mój mąż odprężył się, pojawiła się przestrzeń, w której mógł zmienić swoją decyzję.

Wtedy właśnie uświadomiła sobie, że starożytna praktyka karmienia demonów w sposób bezpośredni odnosi się do jej życia, do jej zmagań jako matki i kobiety żyjącej w zachodniej kulturze.

Odtąd zaczęła personifikować i karmić własne demony – emocje, wewnętrzne konflikty, choroby i lęki.– Natknąć się na demona nie było wcale trudno. Cały czas je w sobie nosiłam. Zapraszałam je po kolei na ucztę. To wtedy właśnie opracowała prostą wersję pięciu kroków polegającą na rozpuszczeniu własnego ciała w nektar (lub „produkowaniu” w wyobraźni nieskończonej ilości nektaru) i karmieniu nim demona tak długo, aż się nasyci. Wtedy demon albo się rozpływał, albo zamieniał w pozytywną postać.

– Na koniec pozostawałam w przestrzeni świadomości, która się wówczas w sposób naturalny otwierała – mówi Tsultrim.

W 1989 roku, trzy lata po przeprowadzce do Stanów, poznała Dave’a, który wkrótce został jej mężem. Ta znajomość obudziła w niej demona porzucenia rozjuszonego zdradami jej byłego męża. W swojej książce opowiada o transformacji, która się w niej dokonała. Przez długi czas myślała: „Nie będę zajmować się tym idiotycznym upokarzającym lękiem przed porzuceniem. Jeśli go zignoruję, sam zniknie. Poza tym moje obawy, że zostanę porzucona, mają mocne uzasadnienie”. Tylko że demon wcale nie zamierzał odchodzić. Rósł w siłę i robił się coraz bardziej natarczywy. W wyniku działań demona niszczyła każdą obiecującą relację zbyt wcześnie, domagając się zobowiązań albo prowokując zdradę jako rodzaj samosprawdzającej się przepowiedni.

W końcu zaczęła go karmić, bo zrozumiała, że jeśli nie zajmie się nim, zamieni jej związek z Dave’em w piekło. Gdy w wyobraźni zobaczyła swojego demona po raz pierwszy, był pięcioletnią dziewczynką o smutnym, przebiegłym spojrzeniu. Dziewczynka miała ciemne, potargane włosy, duże, niebieskie oczy i ostre zęby wampira. Mówiła: „On od ciebie odejdzie. Ja się nie mylę. Dobrze wiesz, że i tak zostaniemy tylko we dwie, ty i ja. Jestem twoją jedyną prawdziwą przyjaciółką. Nigdy cię nie opuszczę i zawsze będę ci mówić prawdę, co cię czeka. Jestem przewidywalna, możesz na mnie liczyć”.

– Karmiłam ją codziennie, zaczęła się zmieniać – opowiada Tsultrim. – Straciła wampiryczny wygląd. Po prostu była smutna. Pod koniec miesiąca była czuła i wdzięczna za uwagę, którą jej poświęcam. Po miesiącu pracy z demonem porzucenia zauważyłam, że przestał się pojawiać. Niekiedy zdarzają mi się regresje, ale gdy demon powraca, wiem, co mam robić. Nastąpiły bardzo konkretne zmiany na lepsze. Moja relacja z Dave’em w końcu zamieniła się w cudowne małżeństwo.

Jak to działa?

Ta metoda jest prosta. Polega na spersonalizowaniu tych aspektów nas samych, które pozbawiają nas energii, wyobrażeniu sobie demona i karmieniu go w wyobraźni nektarem składającym się z tego, czego on potrzebuje. Dokładny opis metody w pięciu krokach znajdziemy w książce „Nakarmić swoje demony”. W skrócie wygląda to tak: w pierwszym kroku uświadamiamy sobie te części ciała, w których najmocniej trzymamy naszego demona. Może nim być uzależnienie, niechęć do siebie, perfekcjonizm, złość, zazdrość. W drugim kroku nadajemy energii odnalezionej w ciele spersonifikowaną formę w postaci stojącego przed nami demona. W trzecim kroku odkrywamy, czego demon potrzebuje, stawiając się na jego miejscu, wręcz utożsamiając się z nim. W czwartym kroku wyobrażamy sobie, że nasze ciało rozpuszcza się i staje nektarem, którego potrzebuje demon. W ten właśnie sposób karmimy go. Zasoby nektaru są niewyczerpane, ofiarujemy je z nieskończoną hojnością. Gdy demon się nasyci, okazuje się, że energia, która była w nim zablokowana, zamienia się w sprzymierzeńca. On zapewnia wsparcie i ochronę, a potem rozpuszcza się w nas. Następnie to my rozpuszczamy się w świadomości, a w ostatnim, piątym, kroku, po prostu spoczywamy w otwartej świadomości.

Prawdziwa natura umysłu jest jasna i przejrzysta, więc stopniowo po nakarmieniu demona pozwalamy, by nasz umysł stawał się jak bezkres oceanu – mówi Allione.

Wydaje się, że najwięcej obaw wywołuje idea karmienia mrocznych sił. Czy nie staną się wtedy silniejsze? Czy nie będą nam zagrażać jeszcze bardziej? Paradoksalnie jednak, gdy odnosimy się do głębokich potrzeb demona, osłabiamy jego moc. Kiedy obejmujemy świadomością i troską nieakceptowane części psychiki, zwane demonami, następuje transformacja – energia zaangażowana w walkę lub wypierana może zostać przekształcona w pozytywną siłę ochronną.