Kochaj mnie… po prostu

123rf.com

Nasze niepełnosprawne dzieci nie są problemem ani przeszkodą. Są naszym życiem, największym szczęściem, pasją i miłością.

reklama

Adaś urodził się w szóstym miesiącu ciąży, martwy. Ważył 600 gramów. Po błyskawicznej akcji reanimacyjnej dziecku zaczęło bić serce, wciągnął powietrze. Dostał zero punktów, jeden procent szans na przeżycie. Był tak maleńki, że niemal mieścił się w ludzkiej dłoni. Karina wcześniej dwa razy poroniła. Najpierw zobaczył synka Paweł.

– Zakochałem się w nim w jednej chwili – mówi. – Był taki cudowny, śliczny… Najpiękniejsze dziecko, jakie w życiu widziałem!

Gdy jakiś czas potem kangurował synka, czyli przytulał do piersi, to… nie sposób tego opowiedzieć. Największe szczęście, jakie może spotkać człowieka. Od tamtej chwili minęły dwa lata, a wzruszenie tak samo dławi w gardle, łapie za serce.

– Weszłam z mężem do pomieszczenia z inkubatorami – wspomina Karina. – We wszystkich były dzieci, w rogu stał inkubator z zielonymi szmatkami wewnątrz. Uświadomiłam sobie, że tam właśnie leży nasz Adaś; jest taki maleńki, że nie widać niczego poza tymi szmatkami. Bałam się na niego spojrzeć… Lekarka poprosiła, aby opuszką palca dotknęła czółka synka. „Ale jak? Przecież jeśli to zrobię, zasłonię mu całą buźkę”, pomyślała. Wsunęła delikatnie rękę do inkubatora, a on wtedy odwrócił główkę w jej stronę i wyciągnął rączki.

– Co to była za chwila! Jesteś, synku, tyle na ciebie czekałam i jesteś, żyjesz, będziemy razem, damy radę! Choćby nie wiem co się działo, będę przy tobie. Rozpłakałam się. I poczułam się mocna, niezniszczalna.

Oluś miał urodzić się zdrowy. Aleksandra jest lekarką, więc starannie wykonała wszystkie badania. Ciąża rozwijała się idealnie. Miała jednak złe przeczucia. Tydzień przed porodem przyśniło jej się, że urodziła synka z zespołem Downa, mąż trzymał go na ręku i mówił: „Jaki on jest śliczny!”. Po porodzie usłyszała od ordynator, że synek ma delikatnie skośne oczy. Szok, niedowierzanie, dezorientacja, rozpacz.

Maciej był przy porodzie.

– Gdy tylko go zobaczyłem, od razu kochałem! – Mówił mi: „Co ty chcesz od naszego synka? Jest doskonały, śliczny!”. A ja widziałam tylko cechy zespołu Downa: skośne oczy, krótkie paluszki, odstęp na stopie między paluchem… Wiedziałam, że synek ma wadę serca. Przytulałam go, ale tak mi było ciężko go pokochać! Byłam zdesperowaną matką, która myśli: „Nie tak miało być! Co ja mam zrobić?”. Patrzysz na dziecko, a ono prosi: „Kochaj mnie”. „Jak ja mam cię kochać, skoro jesteś takie nieidealne?” A dziecko: „Kochaj mnie… po prostu”.

To stało się trzy tygodnie po porodzie. Ranek po przebudzeniu, uśmiechnięta buzia synka. Poczuła, jak przepełnia ją miłość. Zniknęło poczucie żalu i straty. Gdy wróciła do pracy, swobodnie mówiła o synku, cieszyła się nim, a wtedy inni cieszyli się razem z nią. Już wie, że ludzie są fantastyczni, tylko trzeba im pokazać, że niepełnosprawne dziecko to nie jest temat tabu.

Po dziesięciu miesiącach Oluś miał operację na otwartym sercu, w głębokiej hipotermii, w krążeniu pozaustrojowym.  – Najgorsze chwile w naszym życiu – przyznają oboje. Jest i już zawsze będzie pod opieką kardiologiczną, ma niedoczynność tarczycy, nie wiadomo, co jeszcze się ujawni.

Na stronie internetowej Fundacji „Kochaj mnie… po prostu”, założonej przez Aleksandrę Gładyś-Jakubczyk i Karinę Zaczkowską, jest tekst o wyjątkowej matce. Obie cytują z pamięci fragment o tym, jak Bóg rozdaje dzieci niepełnosprawne:  „Tej damy!” – mówi. Anioł pyta: „Dlaczego tej? Ona jest przecież taka szczęśliwa”. A Bóg: „No, dlatego! Ona będzie potrafiła się nim cieszyć!”.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »