Kochaj mnie… po prostu

123rf.com

Ja dla swojej Pszczółki zrobię wszystko!

reklama

Adaś ma dwa latka, jest malutki, wygląda jak dziecko półroczne. Przez te dwa lata Karina i Paweł odwiedzili dziesiątki specjalistów, podejmują każdą możliwą rehabilitację; to jest codzienna, wielogodzinna praca, często z długimi dojazdami. W trzecim tygodniu życia u dziecka wystąpiła sepsa, czyli zakażenie całego organizmu, a potem wylew do mózgu. Adaś przeszedł dziewięć transfuzji krwi. Ponad trzy miesiące spędzili z nim w kieleckim szpitalu i w Centrum Zdrowia Dziecka, gdzie dowiadywali się o kolejnych chorobach synka: retinopatia wcześniacza, czyli odklejanie się siatkówki oka, wirus cytomegalii. I w końcu diagnoza: dziecięce porażenie mózgowe czterokończynowe, czyli najgorsze z możliwych. – Jechałam samochodem i całą drogę płakałam – opowiada Karina. – Nie pamiętam, jak dotarłam do domu. „Paweł, on ma porażenie mózgowe…”. Mąż przytulił mnie: „Kochanie, czy to cokolwiek zmienia? Czy w związku z tym będziemy go mniej kochać? Mamy wspaniałego syna”.

Kilka miesięcy trwało oswajanie się z tą wiadomością. Pomogło wyjście do ludzi, współczucie. Przychodziła z synkiem do szpitala i patrzyła na przygnębione, zapłakane i bezradne mamy przy inkubatorach pełnych dzieci.

– Pomyślałam, że tak nie może być! – wspomina Karina. – Nie mogę siedzieć z założonymi rękami i patrzeć, jak kobiety cierpią. One potrzebują wsparcia, rozmowy, zrozumienia, grupy, wspólnoty; tak jak ja potrzebowałam tego, gdy urodził się Adaś. Wiem, co to bezradność, zagubienie i rozpacz. Rozmawiam z mężem i mówię, że chcę działać, a on bez namysłu: „Rób, co ci serce dyktuje!”. Najpierw otworzyłam grupę wsparcia dla tych mam, dla rodziców. Później powstała Fundacja „Kochaj mnie… po prostu”. Nie jesteśmy sami, nie jesteśmy bezludną wyspą, możemy pomagać i przyjmować pomoc, to wspaniałe uczucie czuć, że jest wokół tyle bliskich ludzi.

Z Aleksandrą i Maciejem siedzimy w przytulnej kieleckiej kawiarni. Rodzice jak z okładki ekskluzywnego pisma – wykształceni, aktywni. Energia bije z każdego słowa i gestu. Spójni, przekonujący, oddani życiu, z sercem na dłoni. Piękni. Mają półtorarocznego Olusia i czteroletniego Maćka. Na czas naszej rozmowy z dziećmi zostały babcie. – Często tak wyrywamy się na randki – mówią. – Szczęśliwi rodzice to szczęśliwe dzieci!

– Codziennie rano Olek budzi się uśmiechnięty, kocha nas bezwarunkowo – mówi Maciej. – Daje mi niewyobrażalną siłę. Chce mi się żyć, bawić się z nim, kupować mu różne rzeczy, zarobić na to. Pracować, działać, robić wielkie rzeczy w fundacji. Mam mnóstwo pomysłów i pasję, aby je realizować. Będziemy wszystko robić z naszymi dziećmi, dla nich i dla innych rodzin z dziećmi.

Jest młodym mężczyzną, uprawia sporty, prowadzi własną firmę, ożywione życie towarzyskie, interesuje się mnóstwem spraw, a jednak gdy jest z dziećmi, wie, że spotkało go coś o wiele większego.

– Kiedyś cieszyłem się, gdy sobie coś kupiłem, i tym, że mogę pójść z kolegami na imprezę. Teraz to nie ma żadnego znaczenia. Nie chodzę na imprezy, ale gdy synek przybiega do mnie i mówi: „Kocham cię, tatusiu!”, rozpływam się. Nic tego nie zastąpi! Mamy bardzo, bardzo szerokie grono znajomych i przyjaciół z różnych środowisk. Zapraszają nas do siebie. Zawsze idziemy z dziećmi. Ileż serdecznych słów usłyszeliśmy! Choćby zdanie, że „Oluś nie mógł sobie wybrać lepszych rodziców”. Synek jest rozchwytywany, mógłbym sprzedawać bilety na opiekę nad nim.

Fundacja „Kochaj mnie… po prostu” działa od marca. Rozpoczęli od charytatywnej imprezy na pomoc w rehabilitacji dzieci niepełnosprawnych. 30 instruktorów z całej Polski poprowadziło Maraton Zumby. Główny cel fundacji: wybudować nowoczesny Ośrodek Wczesnej Interwencji, w którym dzieci będą rehabilitowane, a rodzice będą mieli zapewnioną najlepszą specjalistyczną pomoc i wsparcie.

– Nie chodzi o to, aby ten ośrodek był fabryką zdrowych dzieci. Chodzi o to, by był pełen miłości – mówi Maciej. – Żeby wszyscy – i dzieci, i rodzice – chcieli w nim być, spotykać się, dzielić doświadczeniami, być razem, wzmacniać się. Marzymy, aby każda, nawet najbiedniejsza rodzina miała dostęp do świadczeń.

Liczą na dofinansowanie z Funduszu Inicjatyw Obywatelskich, z Unii Europejskiej, podjęli już wstępne rozmowy.

– Nasze dzieci będą miały po 20 lat i będą ambasadorami fundacji – mówi Aleksandra. – Pokażemy, że w każdych warunkach można żyć pełnią życia.

Ola robi właśnie specjalizację z neonatologii, dziedziny, która zajmuje się wcześniakami, czyli dziećmi wymagającymi wczesnej interwencji. To jej pasja, miłość życia. Zorganizowali akcję plakatową. Na jednym plakacie mamy z dziećmi na rękach, na drugim tatusiowie z dziećmi na rękach. Na zdjęciach nie widać, że dzieci są niepełnosprawne. – I o to chodzi! – mówi Ola. – Plakat daje do myślenia. Plakaty są rozklejone w całych Kielcach, w galeriach handlowych, jeżdżą na autobusach i tramwajach.

– Mamy się wahały, za to tatusiów nie trzeba było namawiać – mówi Ola. – Na przykład dzwonię do jednego z nich i mówię: „Słuchaj, Piotr, pilnie potrzebuję taty do zdjęcia, szczęśliwego i przystojnego”. A on na to: „Ola, ja dla swojej Pszczółki zrobię wszystko!”. Pszczółka to niepełnosprawna córeczka. Tacy ci ojcowie są fantastyczni! Zgłosiło się więcej, niż potrzebowaliśmy. No i niektórzy się na nas obrazili, dlaczego ich nie wybraliśmy.

Karina, z zawodu wizażystka (fryzura, makijaż, staranne paznokcie), marzy, aby ośrodek, który zamierzają stworzyć, był także azylem dla mam; będzie uczyć mamy, jak być piękną, jak dbać o siebie.

Paweł jest z żony dumny, podziwia ją i wspiera. Pracuje jako spawacz w Kozienicach pięć dni w tygodniu. Na weekendy przyjeżdża do domu, wtedy może być z rodziną. Chwile z synkiem to nieopisana radość. Marzenie: praca bliżej domu, codzienność z bliskimi.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »