Marzenia i fantazje – jak z nich korzystać?

fot.123rf

Okazuje się, że marzenia dzienne, czyli śnienie na jawie, to nasza studnia inspiracji, motywacji, energii i kreatywności. Cenne źródło informacji o sobie i o swoich prawdziwych pragnieniach. Nie wierzysz? Uwierz!
Do 27. roku życia byłam nałogową marzycielką. Na śnienie na jawie poświęcałam bardzo dużo czasu. Właściwie każdą chwilę, podczas której nie musiałam skupiać się na uczeniu, pracy, rozmowie… Można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że uciekałam do swojego świata. Tam wszystko było piękniejsze, byłam bohaterką, wynalazcą, sławną piosenkarką, wróżką. Tam realizowałam to, co nie udało mi się z różnych przyczyn spełnić w życiu codziennym. Szłam na randkę z oblubieńcem obserwowanym na uniwersyteckim korytarzu, do którego nie odważyłam się w rzeczywistości nawet uśmiechnąć, dostawałam wymarzoną pracę, awans, wygrywałam konkursy, podróżowałam, chudłam przez noc, zmieniałam pogodę i bieg wieczornej imprezy. Potem wydarzyło się coś, co wszystko zmieniło. Jeszcze niedawno, jak wspominałam ten czas, miałam wrażenie, że wtedy przestałam marzyć, ale teraz wiem, że nie.

reklama

Diagnozy dokonałam całkiem niedawno, czytając książkę Jerome L. Singera „Marzenia dzienne”. Singer opisał trzy odmiany marzeń, i tu odkryłam, że marzenia są nie tylko pozytywne. Oprócz tych ukierunkowanych na przyszłość, na realizację planów, są też takie, które rozpraszają naszą uwagę, i te, które mają negatywne zabarwienie. Są związane z niepokojem, strachem, obawami, poczuciem winy, upatrywaniem złych zamiarów u innych ludzi. I to właśnie te marzenia, w dużej mierze, towarzyszyły mi przez kilka kolejnych lat mojego dorosłego życia. Oczywiście miałam przebłyski, ale moja szara rzeczywistość, pełna trudnych, niespodziewanych wydarzeń mnożyła lęki, które determinowały wydźwięk mojego śnienia na jawie.

Przebudzenie

Ale przyszedł dzień, kiedy postanowiłam się przebudzić. Nastąpiło to w styczniu 2008 roku, czyli po siedmiu latach uciekania od siebie samej. Wtedy zadałam sobie owo kluczowe pytanie „Co bym zrobiła, gdybym wiedziała, że na pewno mi się uda. Kim bym była?”.

Aby odpowiedzieć na to pytanie, musiałam udać się do sfery marzeń. Skorzystałam, jeszcze wtedy nieświadomie, z mechanizmu tzw. autobiograficznego planowania działań. Czyli fantazjowałam, przewidując swą zawodową przyszłość, wyznaczając sobie nowe cele, przeprowadzając symulację ich realizacji, własnej radosnej reakcji na osiąganie kolejnych sukcesów oraz reakcji innych osób. To był istny film akcji, gdzie scenarzystka i reżyserka zadbała o każdy szczegół, doprowadzając główną bohaterkę do miejsca spełnienia, szczęścia i sukcesu. Dziś wiem, że gdyby nie marzenia, nie byłabym tu, gdzie jestem. Oczywiście możesz teraz pomyśleć, że to bzdura, bo śnienie na jawie nie może przynieść mierzalnych korzyści, to zjawisko bezproduktywne. Nic bardziej mylnego. Otóż wielu psychologów i badaczy udowodniło już, że śnienie na jawie przynosi wręcz zaskakujące korzyści.

Profity z marzeń

Po pierwsze, fantazjowanie na temat swojej pozycji, sukcesów, realizacji konkretnych działań wpływa na poziom osiągnięć życiowych.

Po drugie, marzenia pomagają utrwalać wspomnienia, łączyć pozornie rozbieżne idee, pomysły i plany. Wpływają na zwiększenie umiejętności panowania nad sobą i zdecydowanie rozwijają kreatywność. Przecież najlepsze pomysły rodzą się wtedy, gdy przestajemy obsesyjnie myśleć o rozwiązaniu danego problemu, kiedy się oderwiemy, odwrócimy uwagę od meritum sprawy.

Dobroczynność marzeń polega też na stworzeniu szansy lepszego poznania siebie. Wsłuchując się we własne sny na jawie, możemy nareszcie poznać swoje prawdziwe pragnienia, te, które gdzieś uśpiłyśmy, bo przestałyśmy wierzyć, że kiedykolwiek uda się je zrealizować.

Ostatnim, ale równie ważnym aspektem jest wpływ marzeń na nasze samopoczucie. Marząc o rzeczach pozytywnych, snując scenariusze przyszłych wydarzeń, jakże cudownie można się poczuć. Tę metodę stosuję zawsze o poranku, by odpowiednio się nastroić; w korku, by wykorzystać miło czas; i zasypiając, by moje marzenia na jawie odzwierciedliły później sny. W kalendarzu też przewiduję czas na marzenia, tylko nazywam to „czasem na myślenie”, bo jak miałabym rozwijać Sukces Pisany Szminką bez wizji i fantazji? Z samej pracy u podstaw nie można budować imperiów.

Wykrzykuję zatem: „Nie lekceważmy marzeń! To one dają motywację i inspirację do tego, by sięgać wyżej!”.

Olga Kozierowska dziennikarka Radia Zet Chilli, twórczyni organizacji Sukces Pisany Szminką, wspierającej rozwój kobiecej przedsiębiorczości, www.sukcespisanyszminka.pl

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »