Na czym polega zdrowa niezależność?

fot.123rf

Odrzucenie boli, bo zmusza do uznania trudnej prawdy, że nie wszystkim będziemy się podobać. I dobrze! Najważniejsze, byśmy podobali się sobie. Coach Joanna Godecka radzi, by postawić na indywidualizm, nie tracąc dobrych relacji.
Wszyscy chcemy kochać i być kochani. Gdzieś przynależeć, mieć miejsca, które możemy nazwać „swoimi”. Słyszeć słowa uznania, czuć, że są ludzie, którzy o nas ciepło myślą, którzy chcą z nami spędzać czas. Brak akceptacji i odrzucenie społeczne to najdotkliwsze ciosy w poczucie własnej wartości. Okazuje się nawet, że towarzyszące im cierpienie emocjonalne wykazuje silne podobieństwo do bólu fizycznego. Ale nie da się uciec od oceny innych, także negatywnej, której konsekwencją może być odrzucenie.

reklama

Czasem uruchamiamy procesy obronne, które mają prowadzić do tego, by wszyscy nas lubili – dajemy przesadnie uwagę, troskę, zainteresowanie, ale też rzeczy materialne. Jakbyśmy bali się, że kiedy przyjdziemy do kogoś z pustymi rękami czy nie zrobimy tego, czego od nas oczekuje, nie zasłużymy na jego akceptację. Problem polega na tym, że nawet jeśli dajemy siebie, pozwalając się wykorzystywać i nadużywać, to i tak nie mamy gwarancji akceptacji. Gdzie zatem powinna przebiegać granica zdrowego kompromisu pomiędzy zaspokojeniem oczekiwań otoczenia a naszym prawem do bycia sobą? Jak zadbać o to, by zdrowo funkcjonować wśród ludzi, nie tracąc poczucia, że życie należy do nas?

Ja też chcę przynależeć

Osobom, które niechętnie wracają wspomnieniami do okresu szkolnego, zwykle przydarzyło się poznać smak odrzucenia lub chociażby bycia ignorowanym. Powodów mogło być wiele – okulary, nadwaga, rude włosy, najlepsze oceny. I to zwykle tym ludziom najtrudniej jest ustalić zdrową funkcjonalną granicę. Skłaniają się w stronę postawy konformistycznej, polegającej na dostosowaniu się do innych, lub odwrotnie, izolują się i zwiększają dystans.

Jedną z osób, z którymi zdarzyło mi się pracować nad zmianą podejścia do relacji z zespołem, jest Beata – 37-letnia kierowniczka oddziału w pewnej firmie. Oto, jak opisała swoją sytuację: „Ciągle doświadczam uczucia bycia poza grupą. Na ogół staram się nie wyróżniać, tłumaczę sobie, że dostosowanie nie jest problemem. Mimo że jestem szefową, unikam wyrażania swojego zdania, aby nikogo nie prowokować. Ale i tak nie doświadczam przez to integracji z kolegami i podwładnymi. Zastanawiam się często, co o mnie myślą. Łapię się na tym, że każda uwaga dotyka mnie i boli. To wszystko chyba dlatego, że w szkole nie byłam atrakcyjna towarzysko i nie miałam nikogo poza jedną koleżanką, zresztą równie mało przebojową jak ja. Kiedy zdarza mi się odnieść jakiś sukces, czuję się bardziej wyobcowana i mam wrażenie, że nikt się z niego nie cieszy. Zdaję sobie sprawę z tego, że moje kompetencje kierownicze są dyskutowane, nie wiem, czy nadal będę kierować zespołem. To byłaby wielka porażka, gdyby przesunięto mnie na inne stanowisko”.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »