Butik Świąteczny

Nauka wybaczania: Pojednanie to dar

Ilustr. Joanna Gębal

Co roku ten sam stres: jak usiąść do wigilijnego stołu z kimś, kto nas skrzywdził. Tak, to trudne. Ale nie niemożliwe. Trzeba zrobić kilka kroków. Pierwszy to wybaczenie. A żeby wybaczyć, trzeba powiedzieć „przepraszam”. Szczerze.

Najbardziej wstrząsające pojednanie, jakiego byłam świadkiem: 2010 rok, Medytacje Oświęcimskie, organizowane przez Zen Peacemakers i Polską Wspólnotę Pokoju. Biorą w nich udział ludzie z całego świata: żydzi, katolicy, buddyści, muzułmanie. Potomkowie ofiar i katów. Między innymi John, około sześćdziesiątki, amerykański żyd, inżynier, w Auschwitz zginęła cała jego rodzina. I jego rówieśnik Franz, lekarz z Hamburga, którego ojciec służył w wojsku i w obozie. Ostatniego dnia medytacji idziemy wzdłuż torów, którymi transportowano ludzi do gazu. Nagle widzę, jak Franz podbiega do Johna, kładzie mu rękę na ramieniu. Po chwili ręka Johna wędruje na plecy Franza. I tak idą w milczeniu.

Przywołuję ten przykład, bo pokazuje, że pojednanie jest możliwe zawsze, nawet po latach, w obliczu winy przodków.

Joanna Heidtman, psycholożka i socjolożka, zauważa, że pojednanie wywodzi się ze słów „jedność”, „jednia”. Czyli już samo pojęcie sugeruje, że kiedyś była zgoda i harmonia, jakieś „my”, wspólnota, czy to rodzinna, przyjacielska, czy narodowa. Ale potem wydarzyło się coś, co tę jedność rozbiło.

– Fakt, że coś przecięło więzi i teraz mamy je naprawiać czy na nowo budować, oznacza, że musimy zrobić jakiś wysiłek – mówi psycholożka. – To samo w sobie może być trudne. Zarówno wtedy, gdy pojednanie następuje tuż po doznanej krzywdzie, jak i po wydarzeniach bardzo odległych w czasie, na przykład wojennych, kiedy jednają się osoby niemające nic wspólnego z tamtym konfliktem i muszą sięgać do ran niesionych przez pokolenia.

(…)

 

Więcej w grudniowym numerze magazynu Zwierciadło.

Wydanie 12/2017 dostępne jest także w wersji elektronicznej.