Nie bój się żegnać spraw i ludzi

123rf.com

Doświadczenia straty nie sposób uniknąć, jest ona wpisana w scenariusz życia każdego z nas. Buntowanie się czy udawanie, że to nas nie dotyczy, bo nic nie jest dla nas tak bardzo ważne – to niebezpieczna iluzja, która nasila lęk. Ból, jaki czujemy, to jasny komunikat, że to, co straciliśmy, naprawdę było istotne.

reklama

Wiele lat temu terapeuta zwrócił mi uwagę, że zbyt gwałtownie zrywam relacje. Wkurzyłam się, że jego zdaniem porzucam ludzi. Próbowałam tłumaczyć, że ci „porzuceni”, choć byli dla mnie ważni, to nadużywali mojego zaufania, nie wywiązywali się z obietnic, zawodzili na całej linii i zakończenie relacji było próbą chronienia własnych granic. Wtedy terapeuta zapytał: „A może porzucasz, bo sama boisz się porzucenia, a cierpienie po stracie, kiedy to ty odchodzisz, wydaje ci się mniej straszne niż to, gdybyś została porzucona?”. Dużo czasu potrzebowałam, by zrozumieć, że lęk przed stratą jest jednym z najtrudniejszych lęków człowieka, bo korzeniami sięga separacji z rodzicami, a u jego podstawy leży strach przed śmiercią.

Strategia uciekania od bólu

Wielu pacjentów trafiających do mojego gabinetu stosuje rozmaite strategie radzenia sobie z lękiem przed stratą. Zwykle są one mało skuteczne, a ich jedynym zadaniem jest złagodzenie, a właściwie chwilowa ucieczka przed lękiem i cierpieniem. W tej sprawie fantazja nie ma granic. Niektórzy z nas wolą uwierzyć, że nie są w stanie mieć satysfakcjonującego związku, udanych przyjaźni czy dającej zadowolenie i spełnienie pracy, że w ogóle na to nie zasługują. A kiedy coś takiego pojawi się w ich życiu, szukają dziury w całym. Każde najmniejsze potknięcie ze strony innych ludzi potwierdza ich hipotezę, że przywiązanie do kogokolwiek czy czegokolwiek zawsze kończy się dla nich źle. I nawet jeśli to przekonanie nigdy się nie sprawdziło, odchodzą, kiedy robi się „za dobrze”.

Marta cierpi na syndrom trzymiesięcznych związków. W każdej relacji po miesięcznej fascynacji zaczyna mieć wątpliwości. A to partner się za mało stara, a to jest podejrzanie idealny, a to „teraz jest dobrze, ale przecież taki stan nie może trwać wiecznie”. Dewaluuje partnera i związek, w końcu odchodzi, w konsekwencji i tak cierpiąc z powodu rozstania.

Iwona od lat pracuje w tej samej firmie. Nie jest zadowolona, właściwie ciągle narzeka, ale kiedy pytam, dlaczego nie poszuka sobie zajęcia, które da jej satysfakcję, odpowiada, że woli stare, znane zło niż nową, wielką niewiadomą. – Gdybym mogła najpierw sprawdzić, czy w nowej pracy będzie mi dobrze, a dopiero potem podjąć decyzję, czy odejść ze starej… – fantazjuje. Tłumaczę jej, że dopiero kiedy przeżyje żałobę po stracie „starego”, ma szansę w pełni otworzyć się na „nowe”. Patrzy na mnie z lękiem i niedowierzaniem.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »