Ojcostwo i macierzyństwo – kalejdoskop uczuć i emocji w książce „Lekcja miłości”

zdjęcie z archiwum rodzinnego Jacka Olszewskiego

O samotnym ojcostwie opowiada Jacek Olszewski, mąż zmarłej siatkarki, Agaty Mróz.
Magda Łyczko w książce „Lekcja miłości” rozmawia z 12 znanymi rodzicami, o których rodzinach nie mówi się wiele, choć oni sami są powszechnie znani. Są to osoby z zupełnie innych światów: dziennikarka telewizyjna i generał, poeta i lekarka. Rodzicielstwo spełnione i radosne, obok trudnych przeżyć.

reklama

Trzeba dalej żyć

JACEK OLSZEWSKI

Na początku ustaliliśmy, że gdy zadam pytanie, które przekroczy granicę, kopnie mnie pod stołem w kostkę. Nie kopnął. Przez cały wywiad miałam przed oczami Agatę. W głowie kołowrót myśli, przypominałam sobie jej uśmiechnięte zdjęcia, newsy w telewizji oraz kadry z filmu „Nad życie”. Myślałam o Lilianie, która nie pamięta i nie będzie pamiętać swojej wspaniałej mamy. Po tej rozmowie nie miałam wątpliwości, że od taty dostaje podwójną dawkę miłości. Od Jacka Olszewskiego można się uczyć skromności, konsekwencji w działaniu i optymizmu. Byłam przygotowana na wyjątkowo smutną rozmowę, ale on cieszy się każdym dniem i powtarza, że najważniejsze jest zdrowie…

Magda Łyczko: Czy samotnemu tacie ciężko jest wychować córkę?

Jacek Olszewski: Nie, uważam, że nie jest ciężko. Jest na pewno sporo wyrzeczeń, ale żeby było ciężko… Nie. Jak człowiek jest zorganizowany, to obojętnie, czy jest z dzieckiem czy sam, potrafi zadbać o wszystko na czas. W takich miastach jak Warszawa żyje się „z korkami”, jednego dnia trasę przejeżdża się w 40 minut, a następnego dnia w półtorej godziny. Kiedy się wie, o której dziecko ma być w szkole, o której je odebrać, czy siedzi na świetlicy czy nie, to trzeba wziąć poprawkę, że czasami przyjedzie się później, i to jest niedogodność. Kiedy jest dwójka rodziców, to jedno odprowadzi, drugie odbierze, można łatwiej to ogarnąć. Ale tak naprawdę to jest mały problem. My mamy o tyle dobrze, że młoda praktycznie całą zimę nie chorowała. Wiadomo, rodzic musi iść do pracy, nawet kiedy jest dziecko chore, bo szefostwo źle patrzy na wszystkie nieobecności. To bywa ciężkie. Ale jeśli jest zdrowe, to wszystko jest do ogarnięcia.

Jak było na początku?

Ciężko. Dziecko trzeba karmić co trzy godziny, więc to jest rzeczywiście wyzwanie. Gdy tylko na chwilę w nocy przymknie się oko, zaraz trzeba wstawać, szykować jedzenie. Szczerze mówiąc, już zapomniałem, jak to było. Teraz ludzie chyba nie doceniają pewnych rzeczy, nie doceniają, jak ważne jest zdrowie. Kiedy ja byłem w szpitalach na onkologii dziecięcej, gdzie jest mnóstwo chorych dzieciaków, których rodzice spędzają życie przy łóżkach, to jest to coś strasznego. Kiedyś spotkałem matkę, której zmarł syn. Mówiła, że pierwsze, co poczuła, to ulga, bo on już nie cierpi, nie męczy się, jest już w lepszym świecie. Ludziom, którzy nie mają problemów, wydaje się to takie dziwne, ale w momencie kiedy codziennie widzi się cierpienie własnego dziecka, jego zmaganie z chorobą, czasami bezsensowną walkę, to jest to coś strasznego. I wtedy mówię – zdrowie… A to, że czasami nie ma pracy, że jest gorzej – można to jakoś przeżyć. Chore dzieci to coś najgorszego, co może nas spotkać.

Miał pan żal do Agaty, że może zbyt wcześnie się poddała, że dłużej nie powalczyła?

Nie, ale czemu?