Optymizmu można uczyć

fotochannels.com

reklama

Dlaczego jedne dzieci, kiedy przegrywają, walczą dalej, a inne – w każdej porażce upatrują spiskowej teorii dziejów? Jedne z ufnością podchodzą do nowych zadań, a inne we wszystkim, co nieznane, widzą zagrożenie? Wiele zależy od tego, jak widząświat ich rodzice.


Kasia ma półtora roku i niespożytą wprost energię. Zagląda we wszystkie zakamarki mieszkania, otwiera szafki, ściąga książki z półek, a najbardziej interesuje ją to, co zakazane. Mama dwoi się i troi, żeby córka nie zrobiła sobie krzywdy – zastawia krzesłami wejścia do miejsc, gdzie czyha niebezpieczeństwo, ale i tak na niewiele to się zdaje, bo Kasia potrafi pokonać każdą przeszkodę. Widać przy tym, jak wielką sprawia jej to radość. Mama, obserwując zmagania córki, dochodzi do wniosku, że jej potrzeba zmierzenia się z wyzwaniem jest silniejsza niż obawa przed nabiciem sobie guza. Postanawia więc stworzyć jej takie warunki do zabawy, żeby tę potrzebę zaspokoić. Buduje z pudeł, starych poduszek piramidę, pod którą chowa lalkę i zachęca córkę do szukania. Kiedy Kasia znajduje lalkę, klaszcze w dłonie i głośno się śmieje.

Szansa na przeżywanie zwycięstw

Mama mogła ją skrzyczeć za próby łamania zakazów. Zamiast tej łatwej i nieskutecznej reakcji, sięgnęła po inne rozwiązanie. Postanowiła skierować energię córki na pokonywanie wyzwań w bezpiecznych warunkach, dając jej jednocześnie okazję do przeżywania zwycięstw. A zwycięstwa, jak wiadomo, pomagają uwierzyć we własne siły, budują samoocenę. Mama Kasi konsekwentnie trzymając się tej filozofii, stwarzała kolejne sytuacje, w których jej córka mogła się wykazać zaradnością i odnosić sukcesy.
Co zaradność i poczucie sukcesu mają wspólnego z nauką optymizmu? Zdaniem psychologów, to właśnie od nauki zaradności i na fundamencie sukcesów zaczyna się budowanie optymizmu.

Jednak nie chodzi o takie sukcesy, jakie pomagali osiągać Jasiowi, lat 12, dziadkowie i rodzice. Jaś od małego uwielbiał gry, a jeszcze bardziej kochał wygrywać. Jako przedszkolak grywał głównie z dziadkiem, który przymykał oko na nieczyste chwyty wnuczka. Rodzice, dla świętego spokoju, też „podkładali się” synowi. Kiedy więc zaczął sam toczyć pojedynki z kolegami, nieskorymi do ustępstw, dochodziło do awantur. Jaś wszystko musiał mieć najlepsze, najpiękniejsze, największe. A jednocześnie skarżył się, że jest do niczego, że nic nie potrafi. Co robili rodzice? Wyręczali syna i na przykład sami odrabiali za niego trudne prace domowe. Mama tłumaczyła każdą jego porażkę tysiącem różnych zewnętrznych przyczyn. Tata przekonywał: „Świat jest tak urządzony, że trzeba się mieć na baczności”. I tak, rodzice chcąc oszczędzić synowi przykrych przeżyć, zamiast mu pomóc, wyrządzili krzywdę.

Bo – po pierwsze – mówili nieprawdę: ani syn nie był we wszystkim tak świetny, ani koledzy tak podli, ani świat zły. Po drugie – wyręczając go we wszystkim, tym samym wysyłali komunikat: „Kiedy sprawy nie układają się tak, jakbyś tego chciał, poddaj się i pozwól, żeby ktoś zrobił to za ciebie”. Czyli – uczyli syna bezradności. I po trzecie – prezentowali niewłaściwe interpretacje jego niepowodzeń, co utwierdzało go w przekonaniu, że istotnie, do niczego się nie nadaje. Efekt postawy rodziców jest taki, że Jaś teraz nie tylko ocenia źle to, co było i reaguje biernością na to, co jest, ale także widzi w czarnych barwach to, co będzie. Okazuje się, że największy wpływ na nastawienie do życia ma styl wyjaśniania, czyli sposób tłumaczenia przyczyn tego, co nas spotkało, zwłaszcza niepowodzeń.

To swoisty rodzaj okularów, które zakładamy już najmłodszym dzieciom, wyjaśniając, dlaczego coś się wydarzyło. „Skręciłeś nogę na nartach? Dobrze, że nie złamałeś. Mamy nauczkę – trzeba poćwiczyć przed wyjazdem”. Nasz optymizm pokazuje dziecku, że nie ma katastrofy, że zawsze jest jakieś wyjście. Wielce prawdopodobne, że w przyszłości w taki właśnie sposób ono samo będzie rozumieć świat. Jeśli zaś słyszy tłumaczenia pesymistyczne – że coś się sprzysięgło przeciwko nam, że ludzi trzeba się bać – z łatwością to potem powtórzy.

Porażki są chwilowe

Dzieci wychwytują bezbłędnie wszystkie niuanse naszego sposobu wyjaśniania zdarzeń. Jeżeli uważamy, że przyczyny naszych niepowodzeń są wieczne, że nigdy nie znikną, one też powtarzają: „Nikt mnie nie lubi”. „Zawsze będę przegrywał”. Sądzą – tak, jak my – że są skazane na niepowodzenia. Jeżeli natomiast podkreślamy, że przyczyny naszych porażek są chwilowe, one też tak je interpretują: „W nowej szkole znalezienie przyjaciół musi zająć trochę czasu”. „Czasami mam słabszy dzień”. Są przekonane, że jeżeli bardzo się postarają, dopną swego.

W taki właśnie sposób przebiega znaczna część edukacji emocjonalnej. Ziarno pesymizmu siejemy, najczęściej bezwiednie, poprzez krytykowanie dziecka. Uwagi w stylu: „ ZAWSZE tak robisz”, „NIGDY nie mogę na ciebie liczyć” są jak samosprawdzająca się przepowiednia. Padają ostre słowa i dziecko ma wrażenie, że zewsząd napływają potwierdzające dowody: Słabsza ocena, kłótnia z kolegą, zły nastrój. Skąd to wrażenie? Stąd, że dziecko coraz bardziej koncentruje się na tym, co złe, smutne. Pomija natomiast te sytuacje, które mogłyby budzić lub utrwalać jego optymizm. A przecież doświadcza także tego, co dobre!

Jeżeli krytyka rodziców nie ustaje, nastawienie pesymistyczne może po pewnym czasie stać się trwałą postawą i przejść w czarne myślenie o życiu. Stosunek dziecka do świata zależy zatem przede wszystkim od tego, jak rodzice ten świat widzą, czy nadużywają krytyki, czy uczą zaradności. Ma także źródło w genach. Genów zmienić się nie da, z całą pewnością natomiast da się wpłynąć na pozostałe czynniki. Na to, ile sukcesów i porażek dziecko doświadczy, na sposób oceny jego dokonań, na styl wyjaśniania przyczyn tego, co go spotyka.

Co zrobić, gdy popełniliśmy jednak wiele błędów i wychowaliśmy pesymistę? Czy można zmienić jego postawę? Czy można nauczyć optymizmu?Znany amerykański badacz optymizmu, Martin E. P. Seligman, odpowiada na to pytanie twierdząco.

Zdradliwe katastrofizowanie

Według Seligmana optymizm buduje się poprzez naukę czterech podstawowych umiejętności. Pierwsza z nich polega na rozpoznawaniu myśli, które przebiegają dziecku przez głowę w trudnych chwilach. Choć są ledwie uchwytne, wywierają głęboki wpływ na jego nastrój i zachowanie. „Jestem do niczego. Nigdy tego nie potrafię zrobić”. Umiejętność ta nosi nazwę wychwytywania myśli automatycznych.

Drugą jest ocena tych myśli. Opanowanie tej umiejętności daje świadomość, że nie wszystko, co dziecko sobie wmawia, musi być prawdziwe. Uczy, że własne przekonania o sobie i otaczającym świecie wymagają sprawdzenia.

Trzecią umiejętnością jest tworzenie bardziej przystających do rzeczywistości wyjaśnień i wykorzystywanie ich do kwestionowania myśli automatycznych. „Nie najlepiej poszła mi matematyka, ale za to świetnie gram w piłkę i dobrze mówię po angielsku”. I wreszcie czwarta umiejętność – zaprzestanie katastroficznych wyobrażeń. Chociaż wyobrażanie sobie najgorszego, czyli katastrofizowanie, może być w niektórych sytuacjach stymulujące, to na ogół absolutnie obezwładnia. Przewidywanie najgorszego jest po prostu stratą czasu. Mało tego – pozbawia energii i psuje nastrój.

Odróżniaj uczucia od faktów

Ważne, aby dziecko rozumiało powiązania między trudnościami, przekonaniami i skutkami. Wyjaśnijmy mu: To, co czujesz, nie jest ściśle uzależnione od tego, co ci się przydarza, ale bardziej wynika z tego, co myślisz o całej sytuacji. Pokłóciłeś się z kolegą? Jeżeli myślisz: „Nie mam już przyjaciół”, to czujesz złość i smutek. A jeśli pomyślisz, że niedługo się pogodzicie, będziesz czuł się w porządku. Jeśli potrafisz uchwycić to, co sobie pomyślałeś, jesteś w stanie zmienić uczucie, jakie cię opanowało.

Kiedy dziecko umie już dostrzec związek pomiędzy myślami i uczuciami, możesz zabrać się za zmianę jego stylu wyjaśniania. Zacznij od wprowadzenia pojęć „optymista” i „pesymista”. Poproś, aby opisało charakterystyczne cechy każdego z nich. Wytłumacz, że każdy człowiek ma nie tylko swój specyficzny styl ubierania, ale i styl myślenia. Ktoś widzi wszystko w czarnych kolorach, ktoś inny patrzy na świat przez różowe okulary. Przeanalizujcie wspólnie, co zazwyczaj robimy w trudnej sytuacji. Albo próbujemy wyjaśnić, dlaczego do niej doszło i przewidzieć możliwe konsekwencje albo jesteśmy przekonani, że kłopoty nigdy się nie skończą i że nic nie możemy w tej sytuacji poradzić… albo uznajemy problem za chwilowy i mobilizujemy się do działania.

Dlaczego trzeba walczyć z myśleniem pesymistycznym? Bo koszty tego są bardzo wysokie. Dzieci, które tkwią w przekonaniu, że ich wysiłki na nic się nie zdają, nie będą szukać sposobu rozwiązywania problemów. A to może prowadzić do depresji.

Optymizm nie jest jednak lekarstwem na wszystkie problemy. Nie zastąpi rzetelnej i realistycznej oceny rzeczywistości. Nie zastąpi zasad moralnych, które trzeba kształtować u dziecka. Nie zastąpi ambicji ani poczucia sprawiedliwości. Jest tylko jednym z narzędzi pomagających w osiąganiu sukcesu, zdrowia, zjednywaniu sympatii. Ale jakże potężnym i sprawdzonym!

Warto przeczytać: Martin E. P. Seligman, Optymistyczne dziecko i Optymizmu można się nauczyć, Media Rodzina, Poznań 1997.