Piekło cudzego szczęścia: dlaczego porównujemy się do innych?

fot.123rf

Próbujesz przestać porównywać się z innymi? Szkoda wysiłku. Twój mózg i tak będzie to robił. Lepiej obróć to na swoją korzyść.

reklama

114 studentów siada przed ekranami, na których obrazki zmieniają się tak szybko, że nie można dostrzec, co przedstawiają. Osoby biorące udział w eksperymencie nie wiedzą więc, że połowie z nich wyświetla się niemowlak, a połowie starsza pani. Później wszyscy zostają poproszeni o umieszczenie siebie na siedmiostopniowej skali „młody – stary”. Okazuje się, że ci, którzy oglądali małe dziecko, czują się starzej niż ci, którym pokazywano kobietę w podeszłym wieku. Ten eksperyment dr. Diederika Stapela z Uniwersytetu w Groningen i dr. Harta Blantona z Uniwersytetu Karoliny Północnej w Chapel Hill nie tylko potwierdził wcześniejsze badania, z których wynikało, że oceniamy siebie na drodze porównań z innymi, lecz także pokazał, że dochodzi do tego automatycznie. Nie musimy nawet wiedzieć, z kim nasz mózg nas zestawił. Dlatego właśnie mówienie sobie czy innym: „Przestań się porównywać”, nie ma większego sensu. To tak, jakbyśmy żądali: „Nie poć się!”. Pogląd, że porównują się z innymi tylko osoby, które mają kompleksy, też jest mitem.

– Osoby z wysokim poczuciem własnej wartości też to robią! Wszyscy to robią. Dzięki temu przetrwaliśmy – zapewnia psycholog i psychoterapeuta Jacek Załuski, członek założyciel Polskiego Towarzystwa Psychologii Pozytywnej. – Od tysięcy lat porównujemy się z innymi po to, by stwierdzić, czy mamy przed sobą „swego”, któremu możemy pomóc, czy „obcego”, przed którym lepiej mieć się na baczności.

Porównywanie się pozwalało też podjąć decyzję: walczyć czy uciekać; oszacować, czy mamy szanse wygrać z przeciwnikiem. Od tego, czy dokonaliśmy prawidłowej oceny, zależało nasze życie. Próby nieporównywania się z innymi są więc skazane na porażkę. Ale na szczęście na to, co dalej zrobimy z informacjami: „Jola jest szczuplejsza ode mnie” czy „Ela zrobiła doktorat, a ja nie”, mamy wpływ.

Wyjdź poza kadr

Bill Gates stworzył Microsoft w wieku 19 lat i szybko uczynił z tej firmy jedno z najbardziej dochodowych i znanych przedsiębiorstw. Pewnie większość z nas bez problemu uzna to za dowód rzadko spotykanej inteligencji. Tym samym, jak przekonuje Richard E. Nisbett w swojej książce „Mindware. Narzędzia skutecznego myślenia” (Smak Słowa, Sopot 2016), popełnimy tzw. podstawowy błąd atrybucji, czyli przecenimy wpływ osobowości lub indywidualnych predyspozycji na sytuację, w której znalazła się dana osoba, nie doceniając czynników zewnętrznych. Okazuje się bowiem, że dzięki wielu sprzyjającym okolicznościom nastoletni Gates przez sześć lat miał rzadką w tamtych latach możliwość nauki programowania i poznania komputera o dużej mocy. „Prawdopodobnie na całym świecie nie było innego nastolatka, który miałby równie dobry dostęp do komputerów” – pisze Nisbett. Oczywiście, gdyby Gates nie był inteligentny, pracowity i odważny, nie byłoby wielkiego Microsoftu. Ale nie byłoby go też pewnie, gdyby Gates nie dostał prezentu od losu.

Porównując się z innymi, warto więc nie tylko pamiętać, że znamy zaledwie część prawdy, ale wręcz poszukać pozostałych fragmentów układanki. Zwłaszcza jeśli oślepieni cudzym blaskiem zaczynamy przyklejać sobie krzywdzące etykietki, np. „nieudacznik” czy „oferma”. Wtedy dobrze jest rozebrać na czynniki pierwsze czyjś sukces, który sprawił, że przestaliśmy się sobie podobać. Dowiedzieć się, czy rzeczywiście sąsiad, który „w przeciwieństwie do nas ma talent do interesów”, zbudował swoją firmę sam, czy może przejął ją od ojca, a koleżanka, która „lepiej godzi pracę z prowadzeniem domu”, nie ma do pomocy niani, pani do sprzątania i swoich rodziców. A jeśli mózg próbuje nam wmówić, że gdzieś obok ktoś wiedzie idealne życie bez porażek, smutku i trudu, przypomnijmy mu, że takie nie istnieje.

– W środku lata siedzę w dusznym biurze, męczę się z szefem i stosem papierów, a na Facebooku widzę zdjęcia uśmiechniętych znajomych na słonecznej plaży i stwierdzam, że moje życie jest do kitu? Warto, bym wyszedł na chwilę poza kadr. Złapał dystans, np. wyobraził sobie tych znajomych, jak 24 godziny jadą samochodem do tej Chorwacji. Nie ma nic złego w uświadamianiu sobie, że inni też mają czasem źle. To tylko urealnienie obrazu sytuacji – mówi Jacek Załuski.

Doceń własne życie

Zabiegi polegające na odarciu znajomych i ich życia z warstwy sztucznego złota nie mają służyć deprecjonowaniu innych, tylko uzyskaniu prawdziwego obrazu. Jeśli bowiem marzy nam się cudze życie, to warto byłoby wiedzieć, jak ono naprawdę wygląda. To pozwoli nam zdecydować, czy jesteśmy gotowi także na wyrzeczenia, jakie trzeba ponieść, by dojść do celu. Łatwiej też będzie opracować realny, a nie hurraoptymistyczny plan działania. Dlatego jeśli chciałabyś zdobyć to co twój kolega czy krewny, nie wahaj się pytać ich o szczegóły.

– Znajomy, który szczerze opowie, w jaki sposób osiągnął sukces, może nas zainspirować i sprawić, że pójdziemy w jego ślady. Żeby tak się jednak stało, muszą być spełnione dwa warunki: poprzeczka nie może być zawieszona zbyt wysoko, a my musimy wierzyć, że mamy odpowiednie kompetencje, by ją przeskoczyć – mówi Jacek Załuski.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »